Geoblog.pl    dagar    Podróże    MALEZJA 2026    DZIEŃ 6 (54) – KONIEC RAMADANU!
Zwiń mapę
2026
20
mar

DZIEŃ 6 (54) – KONIEC RAMADANU!

 
Malezja
Malezja, Johor Bahru
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 296 km
 
Celem na dziś jest jedynie dotarcie do Johor Bahru. I tyle!
Przypomniałem sobie, że przecież ubezpieczenie podróżne mi się skończyło! Szukam czegokolwiek taniego na ostatnie 5 dni. Za 35,50 zł wykupuję polisę w AXA. Uzupełniam też net w Airalo (13,07 zł). Jakoś szybko mi tu zeżarło 3 GB. Obie banalne operacje zajmują mnóstwo czasu. WI-FI prawie nie działa! To chyba jedyna ułomność tego hotelu.

Check Out-u dokonuję przed 11.00, odbieram 30 MYR depozytu i ruszam pieszo w 12 minutową trasę do Bandar Tasik Selatan. Kawałek dalej jest Terminal Bersepadu Selatan skąd odjeżdżają autokary do JB. Nie ma tu zwykłych kas gotówkowych, a bilet trza samodzielnie nabyć w automacie. Trochę to czasu zajmuje, a wybrałem najbliższy kurs o 11.45. Jest 11.37 kiedy w końcu trzymam bilet w garści (35,46 zł). Wpycham się do bramki terminalowej bez kolejki – na szczęście gładziutko poszło. Przy wyjściu G12 pierwsza informacja pociesza: „autobus nadjeżdża”. Chwilę później status zmienia się na: „delayed”. No to czekam w dreszczyku napięcia. Po 20 minutach dyżurny obsługujący bramkę prowadzi mnie i trzech innych klientów do autokaru.
Zachwycam się warunkami: szerokie, mięciutkie, rozkładane fotele z wysuwanymi podnóżkami, niewielka liczba podróżnych, chłodnawo (ale przezornie zabrałem polar), jednym słowem: pięknie jest!

Ruszamy z 25-minutowym opóźnieniem, a chwilę potem czar rozkosznej podróży pryska. Towarzystwo przede mną wdaje się w zażartą dyskusję, a trzech hinduskich pseudo-biznesmenów namiętnie gaworzy non-stop przez telefon … głośnomówiący rzecz jasna! Wszyscy wokół skazani są na efekty tej konwersacji. Na domiar złego zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie obleśnie otyły kierowca (wraz z podobnym pomocnikiem) tracą prawie pół godziny diabli wiedzą na co. A miało być tak pięknie …

Po godzinie całe towarzystwo milknie pogrążając się w błogim śnie. Chwila oddechu, więc też się zdrzemnąć w komfortowych warunkach przez moment mogę. Szkoda jednak spać, wszak widoki za oknem ciekawią. Niestety większość mijanych okolic to plantacje palm wykorzystywanych przy produkcji pieprzonego oleju palmowego, którym jesteśmy szpikowani mniej, bądź bardziej świadomie w większości produktów żywnościowych i kosmetycznych :( Używając produktów z tym niezdrowym smarem niszczysz naturalne środowisko dzikich zwierząt – szczególnie orangutanów!

Po ok. 3-ech godzinach jazdy zatrzymujemy się na 20-minutowy posiłek w przydrożnym centrum żywienia. Jakoś nie mam fazy na pełnowartościowy obiad, choć śniadanie dziś stanowił jeno zakupiony wczoraj durian (30 MYR!). Mało pożywny, rzeczywiście śmierdzący i średnio smaczny owoc. Atrakcja jednak zaliczona. Przez wszystkie poprzednie wyjazdy do Azji miałem ją w planach, ale jakoś nigdy nie wyszło. Więcej też nie wyjdzie – daleko mi do fana tego drogiego „rarytasu”, heh.

Zadawalam się pyszną, chłodną kanapką z tuńczykiem i zaopatruję w jakieś żelki z nadzieniem czekoladowym i sprite. Dwie zjarane przy okazji fajki powinny wystarczyć na resztę podróży.

Niestety popieprzeni Hindusi ponownie głośno nawijają via tel. Zastanawiam się nawet, czy nie zwrócić dupkom uwagi. Nie są w swoim domu, ani biurze, ale w publicznym autokarze. Nie każdy ma ochotę wysłuchiwać ich czczych wywodów.

Zagryzając jednak zęby osiągam w końcu Larkin Sentral Bus Terminal. Dotarliśmy tu dokładnie po 5-ciu godzinach jazdy. Zapalić! To pierwsza potrzeba. Wychodzę z dworca na parking przed tymże i koję niedowartościowane nikotyną płuca. Po chwili wracam i zasiadam w miejskim autobusie jadącym do JB Sentral (bilet - 1,60 MYR).

O dziwo prawie całą trasę pokonujemy bez korków. Dopiero przed samym celem w takowych odstać swoje trzeba. JB na pierwszy rzut oka robi wyjątkowo dobre wrażenie. Przestronnie tu, czysto, zadbanie. Trochę mnie Google w ciula robi ze wskazaniem miejsca odjazdu, ale po chwili odnajduję właściwe stanowiska. W moim kierunku co najmniej trzy numery odjeżdżają. Wybieram 10 bo chyba najszybciej ruszy. Za kolejne 1,40 MYR + kilkanaście minut później wysiadam w okolicy hotelu. Trza jeszcze zażyć kilkunastominutowego spaceru i ląduję w prywatnym domu z pokojami na wynajem.

Właściciel niespecjalnie mówi po angielsku, ale wydaje się ok. Pokazuje mój pokój na zapleczu domowej kuchni. Jeszcze unoszą się tu zapachy przyrządzonej niedawno strawy, którą posilają się goście na tarasie przed wejściem. Wstępnie negatywnie reaguję na taką opcję noclegu. Pan pokazuje przyległą do pokoju łazienkę i udziela wskazówek dotyczących szyfrowanych zamków do drzwi. Kod do mego pokoju to 1202. Raczej go zapamiętam, wszak to numer mego mieszkania w Wawce, heh. Do bramy jest inny kod - tu też przechodzę oddzielny instruktaż.

Jakoś nie leży mi siedzenie w tym przybytku, więc momentalnie ruszam pieszo w stronę centrum. Jest już ciemno, a fragmenty trasy są w remoncie. Średnio bezpiecznie czuję się idąc poboczem.
Miasto po zmroku jakoś mnie na kolana nie rzuca, ale wrócić zamierzam transportem miejskim. Docieram do KL Sentral i ponownie jadę busem za 1,40 MYR. Tym razem szybciej wystartował nr. 20.

Tuż przy przystanku (którego oznaczenia właściwie nie ma) czekam dłuższą chwilę na przygotowanie 4-ech wybranych szaszłyków. Koszt to 15 MYR. Wraz z zakupioną w pobliskim sklepie bułką i Colą wracam do pokoju. Pan wita sympatycznie, a przed domem trwa impra. Powoli zaczynam się do miejsca przekonywać. Dopiero teraz wypakowuję plecaki, rozkładam klamoty i spożywam PRZEPYSZNĄ! kolację. Net działa póki co bez zarzutu. Miła odmiana po kilku ostatnich dniach w KL. Klika kolejnych zaległości nadrabiam.

O północy miasto nagle rozlega wystrzałami fajerwerków. W necie wyczytałem, iż na dziś przypada zakończenie ramadanu. Jest zatem co świętować.

Przy kolejnym wyjściu na fajkę Właściciel zaprasza do pogawędki. Wraz z jego kumplem zgłębiamy tematy mego pochodzenia. Obaj zaciekle eksplorują info o Polsce w necie i na zmianę chwalą się znaleziskami. Jednak poczciwcy, heh.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
dagar
Darek Grabowski
zwiedził 10.5% świata (21 państw)
Zasoby: 443 wpisy443 19 komentarzy19 5875 zdjęć5875 3 pliki multimedialne3
 
Moje podróżewięcej
22.03.2026 - 24.03.2026
 
 
15.03.2026 - 21.03.2026
 
 
09.02.2026 - 14.03.2026