Wyjątkowo mi się dziś nie spieszy, a że tuż obok hotelu funkcjonuje ulubiona ulica: Jalan Pettaling (stanowiąca serce China Town) – tamże pierwsze kroki kieruję. Właściwie to chętnie bym tu kolejny (3-ci już z rzędu) raz zamieszkał. Spontanicznie odwiedzam pierwszy lepszy: Pettaling Street Hotel, a w recepcji negocjuję z chińskim dziadkiem ostateczną wartość transakcji. Twardziel z niego(!) – za nic nie chce spuścić obowiązującej stawki: 70 MYR za noc. Ostatecznie płacę 170, wszak tu też trza uiścić zwrotną kaucję (30 MYR).
Niestety dziadek zrozumiał, iż potrzebuję noclegu od dziś. Trochę czasu zajmuje mi wyjaśnienie, że jednak od jutra (+ na dwa kolejne dni!). Leciutko irytująca ta konwersacja się robi. W końcu kolo załapuje o co biega z tymi (skomplikowanymi, heh) terminami i zapisuje wszystko poprawnie na rachunku, który na wszelki wypadek fotografuję.
No to najbliższy wikt (niestety bez opierunku) zapewniony. Można śmiało ruszać w miasto. Zaczynam z przytupem od pobliskiego centrum kultury kryjącym spektakularną, wielopoziomową księgarnię na piętrze. To prawie małe miasteczko … z mnóstwem przejść, schodków, tajemniczych zakamarków. Bombeczka!
W okolicy jest kilka hinduskich i chińskich świątyń, bazar Central Market i zamknięty dziś dla innowierców Masjid Jamek. Jeszcze jeden meczet (hinduski) z zewnątrz tylko oglądam i docieram do Merdeka Square. W nieprzyzwoitym 35-stopniowym skwarze latam nad okolicą dronkiem. Pierwszy raz zdarza mu się gubić zasięg, ale obaj lądujemy bezpiecznie. Uff …
Odwiedzam jeszcze kilka miejsc w okolicy hotelu i szukam bankomatu, wszak gotówką za następny pokój zapłaciłem i kasa jest na wykończeniu. Na szczęście o 6 min drogi stąd jest placówka Mybank. Ponownie bez prowizji wyciągam 300 stówki i zaopatrzony po drodze w udo kurczaka i ryż wracam do pokoju.
Pora jest w miarę wczesna, więc może by tak jeszcze nocne ujęcia Petronas Towers poczynić …? Realizuję pomysł z lekkim, zakamuflowanym w buteleczce po Coli drinkiem w kieszeni portek. Wyjątkowo sprawnie docieram metrem do KLCC i mierzę się – oko w oko – z moją ulubioną budowlą. No zwykle sikam na widok tych dwóch wież – ciężko będzie w mokrych portkach do hotelu wrócić, heh. Robię rundkę wokół budynku i w pełni usatysfakcjonowany (na lekkim rauszu) wracam do hotelu.
Pięknie leniwy, prawdziwie turystyczny dzień to był.