Priorytetem jest dziś legalne przedłużenie pobytu. Przed 11.00 jestem spakowany, w recepcji melduję check-out + odbieram 300 PHP depozytu i zostawiam oba plecaki na kilka najbliższych godzin.
Łapię jeepneya 10H (a jednak tu jeżdżą!) i wysiadam w okolicy G-Mall. W odwiedzonym wczoraj biurze imigracyjnym procedura wydaje się banalnie prosta. Wystarczy wypełnić prosty formularz i dokonać opłaty. Ta też jest pozytywnym zaskoczeniem: sama wiza na kolejne 28 dni: 2110 PHP + 2000 PHP za wydanie jej expressem. Nie chce mi się tu wracać po raz trzeci, więc szarpię się na extra kasę.
Na dole jest kantor wymiany walut (ostatnie 60 USD x 57,05 = 3423 PHP). Z tym co mam w kieszeni styknie mi na opłaty. Idę zajarać na zewnątrz, a po chwili uiszczam w kasie daninę i muszę czekać. Niestety trochę to trwa. Około dwóch godzin prawie marznę w tutejszej klimie siedząc na metalowym krzesełku. W końcu jest! Upragnione urzędowe przedłużenie pobytu. Teraz mogę na legalu zostać na Filipinach sporo dłużej.
Straszny dziś skwar. W korku wskakuję do busika 10H i niedługo potem melduję się w hotelu. Odbieram plecaki, żegnam z sympatyczną właścicielką i pieszo ruszam w stronę ulicy prowadzącej wprost do ronda Fuente Osmeña w okolicy Horizons 101, gdzie ponownie zarezerwowałem dwa noclegi w condo (2350 PHP) – tym razem w wieży nr 1. Za 13 peso dojeżdżam tam busem.
W recepcji czeka tłuściutka pani obsługująca mieszkanko nr 26C. Nie mam wystarczającej kasy na opłacenie należności (nawet nie zauważyłem, że Booking nie pobrał mi jej z karty podczas rezerwacji). Po drugiej stronie ulicy są dwa banki. W jednym z nich wypłacam 5 kawałków z bankomatu. Niestety na Filipinach chyba wszystkie ATM-y pobierają opłatę 250 peso za każdą wypłatę – warto więc wyciągać większe kwoty, a rzadziej.
Mój nowy lokal specjalnie nie zaskakuje, choć mam wrażenie, że jest przyjemniejszy niż poprzedni. A już na pewno niż wczorajszy bez okna i działającego TV, heh.
W piwnicach budynku jest dostępna usługa prania, a że jestem w ostatniej czystej koszulce oddaje do magla wszystkie pozostałe części garderoby. Należność (150 PHP) opłacam z góry i mykam do znajomej knajpki via-a-vis na lunch. Za stówkę posilam się wieprzowiną z ryżem i jakimś niedookreślonym słodkim deserem. Pycha! Robię jeszcze zakupy w 7/11 i wracam do pokoju.
Kurczę, muszę uważać na zbyt czuły alarm przeciwpożarowy. Uruchomił się podczas jarania w łazience. Na szczęście w miarę cicho i na krótko, ale portki miałem przez chwilę pełne, heh.
Netflix w tle uprzyjemnia spisywanie relacji.
A może by tak jeszcze zaszaleć tej nocy …? Wszak w samym centrum nocnych uciech miasta mieszkam. Tak – czas najwyższy poznać Cebu od tej (ciemnej) strony. Rekonesans zaczynam od najbliższych przybytków: Cubana, Sisters Bar, Aquua Leisure Night Club i Viking Bar. W każdym byłbym jedynym klientem, zaś moje wejście wzbudza piskliwe owacje tutejszych znudzonych panienek! Soreczki; w jednym było aż czterech kolesi! Bramkarz nawet na palcach ręki to pokazuje! AŻ 4-ECH! … ech :). Do barów po drugiej stronie ulicy nawet nie zaglądam. Może jeszcze zbyt wcześnie jest wszak dopiero 21.00 dochodzi ..?
Przechadzam się leniwie wokół pobliskiego ronda, a jedynym pożytkiem spaceru wydaje się zakup dwóch smażonych udek kurczaka i porcji ryżu u ulicznego sprzedawcy – bardzo zresztą wdzięcznego za udaną transakcję (85 PHP). No to zaszalałem tego wieczoru! … :)