Fakt; leniwie się dziś wszystko zaczyna. Co by nie plątać się po okolicznym centrum bez celu, obieram takowy/jakiś: niech będzie Carbon Market. A nuż uda mi się tam wypatrzony w necie wzór drewnianej maski do azjatyckiej kolekcji zakupić …?
Częściowo znaną już trasą docieram do celu. Mimo różnorodności wszelkiej maści szpargałów (w tym mydeł i powideł) – masek brak. Z targiem graniczy natomiast rozkosznie rubaszna dzielnica slumsów. Strasznie tu ciasno, gwarnie, tłocznie i „zakorkowanie”. Dodatkowo pomiędzy przeraźliwie głośnymi pojazdami i nie mniej hałaśliwymi pieszymi uganiają się na okrętkę rozwrzeszczane dzieciaki. Dziw, iż w tym harmidrze dożywają choćby wieku szkolnego, heh. Całość obrazu dzielni uzupełniają liczne koty i psy porozkładane leniwie w najdziwniejszych miejscach, żyjące ze sobą w specyficznej, niewyjaśnionej harmonii.
Od czasu do czasu co młodsze pacany zaczepiają mnie banalnymi odzywkami, ale tylko jeden małolat zadał rozsądnie brzmiące pytanie: „what are You doing here …?” Odpowiadam od czapy, iż spacerem zmierzam do pobliskiego kościoła, choć chwilę później głębiej się nad sensem wyjątkowo mądrego pytania zastanawiam. Co ja robię tu, co ja tutaj robię …? Właśnie tu? W miejscu nieodwiedzanym przez bogatych białasów z zachodu? Chyba zdaję sobie właśnie z tego sprawę …: zwykle podświadomie ryzykuję podobne wyprawy w poszukiwaniu autentyczności odwiedzanych miejsc, nieszablonowego lokalnego klimatu, niedostępnego dla turystów z okien ich klimatyzowanego autokaru. Narażanie się na ukąszenia lokalnych zwierzaków, przypadkowe potrącenie przez jakiś pojazd, ryzyko okradzenia, i wszelkie inne potencjalne zagrożenia zawsze stanowiły extra podnietę. Nieodkryty + niedoceniony dotąd fetysz …?
Z takimi przemyśleniami docieram do wyjątkowo banalnego kościoła (zamkniętego na szczęście), a potem na nabrzeżny targ rybny, tyle, że o tej porze już tu po balu. Został tylko osobliwy rybi swąd.
W drogę powrotną się udaję zatem i trafiam na kolejny kościół: Archdiocesan Shrine of San Nicolas de Tolentino Parish Church (minimalnie ciekawszy od poprzednika) i następne targowisko Taboan Public Market (w większości zamknięte).
Na Colon Street przypadkowo odnajduję nawet typowy sklep z pamiątkami, jednak o mojej wyśnionej drewnianej masce znudzony koleś-sprzedawca nawet nie słyszał.
Kawałek dalej - w jakimś nijakim centrum handlowym - szarpię się na shake’a z avocado za 60 PHP po czym szybko odnajduję się pod moim hotelem. Nawodniony, raczej cały i zdrowy (przynajmniej na ciele, heh).
Trochę mnie ta leniwa przechadzka zmuliła. Półgodzinna drzemka pobudza (właściwie to uruchamia) mózg (... chyba go jednak mam!): kurczę zapomniałem o wizie! Kilkukrotnie liczę dni spędzone na Filipinach i chyba dziś wypada ostatni z 30-tu dozwolonych! Niespodziewanie akcja nabiera tempa (!) – pośpiesznie sprawdzam w necie konsekwencje przedłużenia wizy (ponoć ok. 5500 peso to po kieszeni bije), sprawdzam lokalizację immigration office i po chwili z werwą mykam w tą stronę. Dłuższy kawałek podjeżdżam jeepneyem (+ bawi mnie fakt, że na początku podróży uważałem takową przejażdżkę za atrakcję – teraz to podstawa), resztę trasy pokonuję 15 minutowym spacerem w nieziemskim upale.
Na 4-tym piętrze zespołu GMall of Cebu mieści się Bureau of Immigration, ale najpierw trafiam do panienek z tutejszej informacji. Sporo czasu zajmuje im ustalenie, która mnie obsłuży, choć jestem jedynym petentem, a panny wyglądają jakby na ostrej imprezie wczoraj bawiły. Ostatecznie uzyskuję rzetelne info; mimo iż mam ważną wizę do jutra, za jej przedłużenie muszę zapłacić ponad 4000 + 1500 PHP za wydanie jej w jeden dzień. Będzie natomiast obowiązywała przez kolejne 28 dni. Jeśli podejmę takową decyzję muszę stawić się w biurze jutro przed 16.00. No to mam do myślenia. Drogawa zaczyna się impra wydawać.
Wracając myślę intensywnie o najbliższej przyszłości, ale skoro już poznałem warunki wizowe to może i z Qatar Airways warto bezpośrednio pogadać, wygarnąć im wszelkie grzechy i zaniedbania + może choć cokolwiek wyjaśnić. Okazuje się, że niedaleko stąd jest wielkie centrum handlowo-usługowe SM City Cebu, skąd odjeżdża shuttle bus na lotnisko.
Docieram tam pieszo, i za 50 PHP wsiadam do dedykowanego autokaru. Straszne korki powodują, iż do Terminala 1 docieram już po zmroku. Na początek odnajduję tutejszą palarnię, dopiero potem Terminal 2 gdzie niby mieszczą się biura linii lotniczych. O kant tyłka to netowe info! Przedstawiciele przewoźników rezydują na lotnisku tylko podczas odpraw ich lotów o czym informuje mnie sympatyczna para ochroniarzy. Pocieszeniem może być fakt, iż nie byłem jedynym naiwniakiem szukającym tu dziś wsparcia od jeb..nego Qataru.
No cóż – frycowe zapłacone – czas wracać. Przynajmniej powrót do hotelu przebiegł wyjątkowo sprawnie (shuttle bus + jeepney).
Pierwsza rzecz jaka przychodzi do głowy po powrocie to olanie pieprzonego Qatar Airways i znalezienie lotu zamiennego. Idealnie byłoby na jutro (uniknąłbym opłaty za wizę), niestety Skyscanner też jest bezlitosny. Loty na najbliższe dni aż do Warszawy są wyjątkowo drogie + w większości obarczone 2-ma, lub nawet 3-ma przesiadkami … rzecz jasna na ryzyko pasażera. Poczekam z kolejnymi decyzjami do rana, ale chyba muszę nastawić się na dłuższy pobyt na Filipinach ...