Ponownie nie muszę się spieszyć. Dopiero po 11.00 opuszczam pokój i po dłuższej chwili łapię rikszę do przystani promowej. Przede mną prawie dwie godziny oczekiwania na rejs. Trochę mnie to już nudzi. Posilam się frytkami z Potato Corner gdy tuż przed 12.00 rozlega się komunikat: prom z Cebu przybędzie opóźniony o 30 min. Szlag by ten pieprzony Ocean Jet trafił! Dodatkowo nadgorliwa małolata z ich ochrony wypatrzyła szklaną butelkę w plecaku. 1/3 ginu ląduje w koszu. Podobnie jak gaz pieprzowy, który mnóstwo lotów wraz ze mną przetrzymał. Powalone te przepisy mają.
Mam miejscówkę na górnym odkrytym pokładzie. Poza mną kilka osób tu raptem. Przynajmniej podróż jest wyjątkowo przyjemna. Po dwóch godzinach rejsu (+ z godzinnym opóźnieniem!) cumujemy w porcie Cebu. Chyba się cieszę, że to już mój ostatni prom …
Już z daleka miasto wyglądało na imponujące. Chyba takie właśnie jest. Odpuszczam wszystkie „lukratywne” formy podwózki i dziarsko idę zajarać. W okolice mego noclegu są nawet mini busiki, ale zanim dotarłem na przystanek jakiś kolo proponuje taxi by meter. Przynajmniej uczciwie zapłacę. Po 20 min jazdy w korkach uiszczam 120 PHP (nie 200, czy 400 jak wcześniej wołano!) i wysiadam w lobby dwóch wież Horizons 101. To jeden z najwyższych budynków w mieście. Recepcjonistki pomagają mi skontaktować się z obsługą mieszkanka i za chwilę odbieram ze skrytki klucz do lokalu 30G. Oczywiście na 30-tym piętrze!
Wybór condo okazał się strzałem co najmniej w dwudziestkę! Jest tu wszystko czego dusza zapragnie, a widok z okna powala! W pełni wyposażona kuchnia, w TV Netflix, net co prawda kiepski, ale działa. Na dole przy wejściu: 7/11 i kilka knajpek. Właściwie nie trzeba stąd wychodzić. Jest pięknie!
Zjeżdżam na małe zakupy do 7/11, pochłaniam hot doga i bułeczkę z jajkiem na obiad, a przy użyciu skradzionej (z premedytacją!) transowi w Dumaguete saszetki proszku robię małe pranie.
Zastanawiam się nawet nad wyjściem na miasto, ale póki co żal opuszczać moje nowe gniazdko.