Geoblog.pl    dagar    Podróże    FILIPINY 2026    DZIEŃ 25 (39) (BOHOL + PANGLAO) – DWIE WYSPY
Zwiń mapę
2026
05
mar

DZIEŃ 25 (39) (BOHOL + PANGLAO) – DWIE WYSPY

 
Filipiny
Filipiny, Tagbilaran
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2819 km
 
Już od półtorej godziny jestem gotów na kolejną wyprawę w nieznane. Chwilę po 9.00 otrzymuję via Whatsapp (z numeru kierowcy) pytanie od żony drivera, czy jej mąż aby już do mnie dotarł ..? Zaskakująca forma komunikacji, heh. No jeszcze nie dotarł :(, za to ja czekam w pełnej gotowości. Po chwili zjawia się spóźniona zguba. Żona prosi o przekazanie mu telefonu, bo fajtłapa swego zapomniał, heh.

Z kopyta ruszamy w kierunku Tarsier Sanctuary. Obaj namiętnie jaramy podczas jazdy w tuk-tuku.
Na miejscu trza uiścić symboliczną opłatę za wstęp: 50 PHP, obowiązkowo obejrzeć krótki filmik instruktażowy i dojść pieszo, bądź dojechać melexem do ogrodzonego fragmentu lasu z najmniejszymi wyrakami świata. W dzień maluchy odpoczywają/drzemią, więc należy zachować maksymalną ciszę. Wszyscy wokół szepczą, … tylko mały wyrostek z Włoch dostał akurat ataku czkawki i może stanowić potencjalne zagrożenie wystraszenia małpiątek, heh. Urocze są z tymi wyłupiastymi oczami (wielkości mózgu!). Przewodnik pokazuje kijkiem lokalizację ukrytych w gęstwinie zarośli wyraczków, a wszyscy po kolei + w zupełnej ciszy pstrykają im foty. Chyba w sumie 4 osobniki widzieliśmy.

Pieszo wracam do postoju riksz i grzejemy dalej. Tym razem czas na największą atrakcję Bohol – Wzgórza Czekoladowe. Tam jedzie się znacznie dłużej, natomiast trasa jest warta każdego rzutu okiem wokół, spontanicznego spojrzenia „gdziepopadnie”. Trochę mi to klimaty Bali przypomina, niestety tu widać znacznie większą biedę. Wciśnięte w dżunglę chatynki kleci się z byle czego: bambusa, trzciny, blachy, nawet kartonu i folii. Na Luzon nie rzucało się to w oczy aż na taką skalę. Widocznie to bogatsza prowincja, a cała tamtejsza biedota skondensowała się w Manili.

Punk widokowy na słynne wzgórza jest totalnie oblegany przez wymieniających się cyklicznie turystów (z naciskiem na: „turystów”). Tłoczno tu trochę, jednak odnajduję (oznakowaną nawet specjalną tabliczką) dozwoloną strefę dla dronów. Żal nie skorzystać. Latam se trochę wokół i chyba jednak z lotu ptaka okolica robi większe wrażenie. Nawet nie chyba – z pewnością! Niestety znów jest mały problem z precyzyjnym lądowaniem. Mam raptem pół metra chodnika do dyspozycji, a wokół kłębią się przechodnie i non stop przejeżdżają mini busy. Akcja „Mission: Impossible” zostaje jednak ostatecznie zakończona sukcesem i powoli ruszam w dół. Po drodze mijam mego riksiarza jadącego po mnie na górę. Ten zawraca trochę powyżej i zgarnia mnie do pojazdu. Podjarany wrażeniami jaram. Driver rzecz jasna też.

Wracając do Tagbilaran chcę jeszcze kilka punktów odhaczyć. Trasa wiedzie akurat przez spektakularny odcinek: Bilar Man-Made Forest. Ten sztucznie zasadzony las to rozległy, dwukilometrowy pas gęsto porośnięty mahoniem, położony na granicy między miastami Bilar i Loboc. To zachwycający przykład ponownego zalesiania i jednocześnie imponujące dzieło człowieka, które stało się popularnym przystankiem dla turystów odkrywających naturalne piękno wyspy Bohol. Podczas przejazdu temperatura wyraźnie spada w cieniu wysokich drzew, a promienie słońca prześwitują przez liście, tworząc mistyczną, nastrojową atmosferę. Mój driver organizuje spontaniczną sesję zdjęciową dwóm przypadkowo spotkanym tu dziewuchom. Też w niej dumnie uczestniczę, zaś obie panny rozpływają się w serdecznych podziękowaniach.

Niedaleko dalej skręcamy w kierunku dwóch wiszących, bambusowych mostów Sevilla Twin Hanging Bridge. Wstęp 50 PHP. Samo przejście nimi w obie strony stanowi sporą atrakcję.

Pseudo-atrakcja: Loboc River Cruise raczej nie wywiera na mnie specjalnego (właściwie żadnego!) wrażenia. Przepłynięcie się barką/restauracją (z żarciem do woli), okraszoną występami muzycznymi lokalesów po tutejszej rzece raczej mnie nie podnieci. Przystajemy jeno na chwilę na drugim brzegu, nagrywam ujęcie i jedziemy do Santa Monica Church. Z zewnątrz niespecjalnie pociągająco wygląda, za to wnętrze (podglądnięte przez zamknięte kraty) to zaskakujący smaczek.

Czas na perełkę sakralną wyspy Bohol: najstarszy (wg drivera) na Filipinach kościół: Baclayon Church z 1596 roku. Niestety w roku 2013 – na skutek trzęsienia ziemi – został poważnie uszkodzony, co wyeliminowało go z ubiegania się o wpis na listę UNESCO. Mimo to zdecydowanie polecam odwiedziny przybytku!

Po kilku minutach docieramy do Blood Compact Shrine. Pomnik Paktu Krwi to dzieło sztuki, które powstało ku czci pierwszego międzynarodowego traktatu między Filipinami, a Hiszpanią. Jego obecne miejsce ma znaczenie historyczne, wszak właśnie tu Miguel Lopez de Legaspi i Radża Sikatuna zawarli pakt krwi 16 marca 1565 roku. Gest ten miał symbolizować pokój i przyjaźń między obcokrajowcami i rdzennymi mieszkańcami wyspy Bohol.

Program wyprawy został prawie zrealizowany – czas zatem na kolejne negocjacje w kwestii potencjalnej eksploracji drugiej wyspy: Panglao. Tu założyłem do odwiedzenia raptem 4 wybrane po ostrej przesiewce miejsca, niestety trza całą wysepkę wokół przemierzyć. Długo się Mendez zastanawia nad stawką, a minę ma przy tym wyjątkowo skwaszoną. Rzuca nieśmiałą propozycję: kolejne 1000 peso, a ja (niby zmartwiony) od niechcenia akceptuję kwotę.

No to jedziemy … na początek do centrum Tagbilaran. Tamże – w trakcie jazdy – driver sprzedaje mój kurs innemu driverowi. Przeprasza tłumacząc, iż musi odebrać synka ze szkoły, ale widzę, że jest już zmęczony i znudzony 5-ciogodzinną podróżą. W sumie spoko koleś – nie ma dramatu! Klepiemy się przyjaźnie po plecach i z uśmiechami na twarzy rozstajemy w pokoju.

Przesiadam się do nowej rikszy (z rubasznym grubaskiem jako kierowcą) i kontynuuję podróż po kolejnej wyspie. Najbliżej stąd do Hinagdanan Cave. Wstęp (chyba) 50 peso. Atrakcja godna niskiej ceny! Poza plażami do zobaczenia na wyspie za dużo nie ma, więc raczej warto odwiedzić to miejsce. Podziemna grota oferuje możliwość popływania w odmętach jej stawiku. Nic mi jednak na te widoki nie stanęło, heh.

W drogę ruszajmy brachu! – wieź mnie do Poblacion! St. Augustine Parish Church ewidentnie czeka na moje odwiedziny! Rzeczywiście czekał. Do tego bardzo pozytywnie zaskakując pierwszą randką. Ewidentnie jest tu klimacik – i jak to w przypadku halowych, nieproporcjonalnych brył budowli, większe wrażenie robią dekoracje/malowidła wewnątrz.

Zostały mi do odwiedzenia jeszcze tylko dwie plaże. Fenomenu najpopularniejszej: Alona Beach totalnie nie łapię. Nie dość, że niespecjalnie urokliwa to jeszcze obwarowana betonowymi umocnieniami nabrzeża, + do tego wąska, + oblężona przez spasionych turystów i agencje żerujące na takowych. Oczywiście pod ręką masz tu wszystko: sklepy, hotele, wszelakie usługi, tylko czy warto poświęcić choćby dzień, lub dwa na tak bezduszne miejsce …? Jak dotąd Alona Beach zyskuje niechlubne pierwsze miejsce w moim autorskim rankingu najgorszych plaż Azji.
Po zjaraniu fajki na nabrzeżu zarządzam odwrót. Jedynym pozytywem z wizyty tu okazała się wymiana 50 dolców w kantorze (50 USD x 57,30 = 2865,00 PHP).

Zobaczmy teraz White Beach. Jest wszak niedaleko. Sam dojazd, nieobudowany turystyczną infrastrukturą sugeruje totalną odmianę. BINGO! Plaża jest pięknie rajska, niezatłoczona, szeroka, naturalna, jednym słowem: idealna! Rzecz jasna zasługuje na uwiecznienie z lotu ptaka. W ustronnym miejscu startuję miniakiem. Choćby dla wszelakich odcieni turkusu i błękitu morza warto było!

Odlewam się jeszcze dyskretnie w krzakach i wracam do rikszy (rozkosznie jarając po drodze). No takie klimaty mnie autentycznie kręcą.

Powoli (dosłownie, bo driver jedzie wyjątkowo ostrożnie) wracamy na Bohol. Po przekroczeniu mostu łączącego obie wyspy zarządzam przystanek przy głównym Plaza Jose P. Rizal. Muszę wszak zmierzyć się z: St. Joseph the Worker Cathedral Shrine. Warto było! Fajowa jest.

Stąd już tylko rzut beretem do biura pojebanego Ocean Jet. Pojęcia nie mam dlaczego wybieram rejs do Cebu City dopiero o 13.00 … i płacę aż 800 PHP za miejsce na górnym otwartym tarasie w strefie VIP. Stało się tak jednak i trzeba to jakoś znieść.

Do hotelu wracam przed 17.00. Wypada jakieś zakupy poczynić. Obiadokolację nabywam w knajpie odwiedzonej wczoraj (105 PHP za potrawkę z kurczaka z ryżem). Gin, Colę i wodę kupuję w pobliskim sklepiku, którego wczoraj nawet nie zauważyłem. Da się jednak w okolicy sprawnie przeżyć.

Od jutra ostatni etap podróży. Żal serce ściska, ale się nie poddaję. Rezerwuję apartament Horizons 101 Condominium za w sumie 243,37 zł na trzy kolejne/ostatnie noce na Filipinach. Póki co nie myślę o dacie powrotu – w związku z wywołaną przez debilka-trampka wojną na bliskim wschodzie wszystko może się zmienić.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
dagar
Darek Grabowski
zwiedził 10.5% świata (21 państw)
Zasoby: 443 wpisy443 19 komentarzy19 5875 zdjęć5875 3 pliki multimedialne3
 
Moje podróżewięcej
22.03.2026 - 24.03.2026
 
 
15.03.2026 - 21.03.2026
 
 
09.02.2026 - 14.03.2026