Dziś wszystkiego przed czasem udaje się dokonać: wstaję 15 min. przed „pianiem” budzika, myję się wcześniej, niż cała reszta współplemieńców i jako jedyny przed oficjalnym rozpoczęciem serwisu zjawiam się na śniadaniu. Omlet z tostami, przegryzany arbuzem + zapity gorzką herbatką wszedł gładziutko. Z takim widokiem wszystko weszłoby bez popijania nawet, heh.
Przed czasem schodzę nawet do recepcji mego „camp-u”, gdzie zostaję solennie zapewniony, iż zamówiony tuk-tuk już jedzie, najpewniej za chwilę/ułamek czasu/sekundę będzie na miejscu. Se palę i cierpliwie czekam. … po kilkunastu minutach czekam nadal. W ramach interwencji otrzymuję info, iż mój pick-up na mini bus do Puerto Princesa odbędzie się dopiero o 8.00, a nie jak wczoraj ustaliliśmy o 7.30 i mam nadmiernie nie peniać. Nie peniam zatem i zapalam kolejną fajkę, a zaraz podjeżdża rzeczony transport. Wraz z oczekującą takowego Francuzką zajmujemy miejsca w trójkołowej bryczce. Trochę nas dziwi pytanie drivera o koszt przejazdu: oboje uiściliśmy opłatę za ten przejazd już wczoraj! Żenada!; powaga tak trudno było poinformować zamówionego przez obiekt Forest Camp taksiarza o własnych/zapewne pokrętnych, ale jednak, rozliczeniach …? Coś tu śmierdzi, tudzież ktoś ciała dał.
Jedziemy jednak spóźnionym transportem do centrum El Nido. Na mikro-placyku, skąd wyruszają mini busy we wszystkich kierunkach świata (a przynajmniej Palawanu) naszego brak. Francuzka się ostro niepokoi – zapewne ma lot z Puerto Princesa już dziś – ja se mogę pozwolić na więcej luzu. Do Iloilo lecę wszak jutro, (… chyba …, wszak tu nic pewne nie jest). Kiedy wydaje się, że transporty we wszystkich kierunkach już odjechały zjawia się znienacka zakamuflowany kolo nawołujący: Puerto Princesa. W samą porę, choć właściwie po czasie. Grunt, że się ostatecznie pojawił. Momentalnie zasiedlamy pojazd, momentalnie zbieramy dwójkę hiszpańskich turystów 3 min dalej i jedziemy dalej. Ok. 25 min. zajmuje kierowcy na kolejnym przystanku dosadzenie kilku podróżnych do busa. Zastanawiam się co można zrobić w 25 min. na postoju przy drodze wylotowej … i nic do głupiej głowy mi nie przychodzi … :(
Kolejny przystanek zajmuje tyle samo czasu co poprzedni! Zawierają w międzyczasie związki małżeńskie …? Dymają się na zapleczu …? Wymieniają mozolnie kontakty na przyszłość ...?
Nie ma szans na wiarygodną ocenę sytuacji – przeczekać jakoś akcję trza.
Niezbyt bystry driver (+ kierowca z niego wyjątkowo kiepski!) jakimś cudem dociera do lotniska Puerto Princesa po ponad 6-ciu godzinach od startu. Za to jaka to była trasa: palce lizać. Połowa wiodła przez porośnięte egzotyczną dżunglą góry, by potem wić się wzdłuż wybrzeża morza. Jedna z najpiękniejszych tras jaką jechałem.
Przed lotniskiem wyskakuje jak z konopii tutejszy Filip. Grubas anonsuje się jako mój friend i chętnie pomoże w … czymkolwiek. Najpierw załatwia mi okazyjną rikszę za jedyne 300 peso do zarezerwowanego właśnie Hola Hostel (62,00 zł), sam uznaje, że to trochę sporo; oferuje zatem przejażdżkę swoim motorem za 150 PHP. Podnosi jednak plecak i poddaje się. No ale jakoś na turyście zarobić trza! Za jedyne 3 tys. może załatwić dowolną panienkę: wysoką, niską, młodą, itp. Gwarantuje też że usługi przez nie świadczone są profesjonalne, a czasu mam aż 3 godziny! Na śmierć się za … ebać można! Heh.
Zaczynam wyrażać lekkie poirytowanie jego natręctwem i biorę rikszę za 200 peso. Po 7-miu minutach jazdy niejakimi ulicami miasta jestem na miejscu. Po sprawnym meldunku otrzymuję ustronny pokój w narożniku przyjemnego patio. Nawet stawik z rybkami tu jest. Faktycznie zadbane miejsce. Pokój jest przestronny, a łazienka duża i z oknem. Z ciekawości zaglądam za przyległe do pokoju bambusowe drzwi i odkrywam oficjalną palarnię! No teraz to już pełnia szczęścia.
Rozlokowuję się w moim gniazdku i po natrysku ruszam na miasto. Za wiele atrakcji nie oferuje. Pustawymi uliczkami w 20 min docieram do tutejszej katedry. Na kolana nie padam, ale wokół jest żwawo dzięki boisku zlokalizowanemu przed budowlą.
Kawałek dalej jest port – nawet nie wkraczam na jego teren – zaś po kolejnej chwili spaceruję po szerokiej promenadzie wzdłuż której ciągnie się rząd pustych knajp. Dobre miejsce na polatanie dronem. W końcu mam luzackie, przestronne lądowisko dla miniaka.
Wracam mijając gwarny, centralny market, a po drodze robię drobne zakupy … w tym rewelacyjne kulki krabowe (8 szt. – 110 PHP). Są o dwa nieba lepsze od tych z Manili. Od teraz to moja ulubiona filipińska przekąska.
W hotelu można zamówić masaż, a że od dawna się na takowy nastawiałem – postanawiam w końcu zrealizować założenia. Po godzinie młócenia wszystkich mięśni autentycznie czuję się jak nowonarodzony. A taka błogość to jedyne 800 z założenia, 1000 z napiwkiem peso. Czuję, że przepłacam, ale powaga jestem odprężony.