Budzik drastycznie wyrywa mnie ze zbyt krótkiego snu już o 5.00 nad ranem. Na szczęście jest prąd (czyt.: można się jakoś umyć + spakować). Na ulicy zaczepia mnie pierwszy driver. Na zadeklarowaną kwotę podwózki: 300 PHP bez słowa odwracam się na pięcie. Koleś momentalnie zmienia stawkę o 1/3. Najwyraźniej spoważniał momentalnie, heh. No to jedziemy.
Aby wejść na teren portu trza mieć wykupiony wcześniej bilet. Ja - pierdoła - nie mam. Ochroniarz prowadzi mnie do pobliskiego biura i nabywam żółto-biały kwit o wartości 2500 peso. Dodatkowe 20 PHP trza uiścić jako opłatę terminalową. Dopiero wchodząc do poczekalni orientuję się, iż mam bilet na godz. 7.00, a nie na 6.00! (jak chciałem), … w zamieszaniu nawet nie zapytałem kasjera o szczegóły. Jest za 15 min szósta. Fajnie byłoby już startować, szczególnie, kiedy godzinę snu se brutalnie urwałem. Nic to. Czekać trza. Niespecjalnie długo, bo już o 6.30 zaczyna się boarding na kolejny rejs. Tym razem to typowo pasażerski prom. Nie ma nawet ładowni na auta. O dziwo cały jest wypełniony pasażerami. Co z tego, że na tylnym, górnym pokładzie można jarać? Do klimatów z wczorajszego. nocnego rejsu dosyć mu daleko, ale biorę przybytek z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Wypływamy rzecz jasna z półgodzinnym opóźnieniem. Gdyby nie otwarty pokład dla jaraczy podróż dłużyłaby się strasznie. Tu przynajmniej są fajne widoki na mijane po drodze wyspy i … chłodzący emocje wiatr. Niestety sytuacja w porcie z wczoraj się powtarza – brak miejsca na cumowanie i trza czekać. Ostatecznie wysiadam w El Nido dopiero po 12.30, czyli 5-ciu godzinach podróży.
Taksiarze zażarcie atakują, ale nie mam jeszcze wybranego noclegu. Na promie net się rwał, więc postanowiłem (jak wczoraj) spróbować szczęścia na miejscu. Niestety jeden z tanich pokoi upatrzony poprzedniego dnia nie jest już dostępny. Szarpię się zatem na Forest Camp za 135,66 zł (przeceniony rzekomo na booking.com z 200-stu zł!). Może będzie wart swej ceny.
Tak długo szukałem w necie noclegu, że przed bramą portu zrobiło się pusto. Wszyscy turyści już gdzieś odjechali. Daje mi to jednak przewagę w negocjacjach z riksiarzami. Pierwszy, który się zgłasza chce 250 PHP. Klepię go po ramieniu, pokazuję brak wokół innych klientów i zarzucam własną maksymalną stawkę: 200 peso. Niepocieszony koleś nie bardzo ma wyjście: lepszy rydz niż nic. Oczywiście świadomie przepłacam zapewne przynajmniej dwukrotnie, heh.
W recepcji Forest Camp melduję się o 13.00. O dziwo na wstępie ustalam warunki wyjazdu z El Nido. Pani proponuje mini bus do Puerto Princesa za 700 PHP o 7.30 rano + transport rikszą do punktu odjazdu sprzed hotelu za 150 peso o 7.15 (wszak od 7.00 podają tu wliczone w cenę śniadanie). Muszę zadeklarować co chcę spożyć: wybieram bezpieczny omlet. Niestety właścicielka nie może pomóc w rezerwacji lotu z Puerto Princesa do Iloilo kolejnego dnia. Sugeruje natomiast wizytę w jakimś lokalnym biurze podróży.
Mój domek będzie dostępny dopiero od 14.00; mam zatem 45 min na zasłużony pierwszy posiłek tego dnia. W okolicy trafiam na przyjemną stolikową, przydrożną knajpkę. Ceny 2 razy wyższe niż dotąd! Zamawiam zupę krewetkową z ryżem i małe piwo San Miguel (całość 300 PHP). Od teraz będzie już tylko raczej jeszcze drożej :(
Po wyśmienitym posiłku wracam do hotelu. Domek gotowy, ale najpierw trza się do niego wspiąć! Kilkadziesiąt stromych, betonowych schodków dzieli mnie od upragnionego celu. Z dwoma plecakami na grzbiecie muszę robić cykliczne, krótkie przerwy w trekkingu.
Jednak warto było! Pleciona z trzciny i bambusa chatka na palach oferuje nieziemski widok na miasto i zatokę. Potwierdzam to po chwili dodatkowo - startując stąd dronem. Miejsce do polatania idealne! Wyżej wszak już wejść się nie da. Dopiero dziś zrozumiałem dlaczego ludziom zależy na "banalnym" widoku z okna. Dotąd nie był to dla mnie priorytet, ale czasem rzeczywiście warto w takowy zainwestować.
Domek jest wyjątkowo skromny; materac z moskitierą na drewnianej podłodze, biurko z dwoma plecionymi krzesłami, regalik z półkami, a do pawilonu łazienkowo-toaletowego trzeba wspiąć się kolejne kilkanaście stopni. Za to widok za oknem chyba najlepszy jaki dotąd (może nawet kiedykolwiek) miałem!
Niespecjalnie chce mi się tą miejscówkę opuszczać, jednak pilne sprawy pozałatwiać trza: wymienić kolejne dolce na miejscową walutę, poszukać biura z rezerwacjami lotniczymi, poczynić niezbędne zakupy (szczególnie fajki!). Po krótkim locie dronem nad rozkoszną miejscówką oraz równie błogą okolicą korzystam zatem z ciepłego (w końcu!) natrysku i ruszam na miasto.
Zaczynam od Caalan Beach, na którą ciężkawo dotrzeć przez prywatne posiadłości ją okalające, ale to urocze, spokojne, bezludne miejsce. Poza mną w okolicy w klimatycznej zatoczce pływa tylko jedna para miejscowych turystów. Gdybym zatrzymał się w El Nido na dłużej – na pewno bym z niej częściej korzystał. Po drodze do centrum mija się tutejszy cmentarz – idylliczne nadmorskie miejsce na ostatni spoczynek.
W centrum dzieje się znacznie więcej – rządzą „zachodniacy” i usługi im dedykowane. Prawie wszystko jest dostępne (w tym szczególnie charakterystyczna dla kuchni Filipin pizza! :-D), choć trudno tu znaleźć money-changer-a. Miejscowi dramatycznie mieszają się w zeznaniach co do lokalizacji takowego. Ostatecznie udaje mi się jednak wymienić kolejne 200 baksów i to bez paszportu!
Teraz szukam biura pośredniczącego w sprzedaży biletów lotniczych. Kiedy w końcu takowe odnajduję porada brzmi: poszukaj se w necie. Grunt to profesjonalna obsługa, heh. Co ciekawe przynosi wymierny efekt; jarając na El Nido Beach wynajduję poprzez portal 12go bezpośredni lot z Puerto Princesa do Iloilo, choć wszyscy zarzekali się, iż takowych nie ma! Nie ma też na stronie Cebu Pacific Air, ale po powrocie do hotelu ryzykuję z rezerwacją lotu płacąc ok. 388 zł (z bagażem rejestrowanym).
Po drodze do hotelu wyjątkowo udały mi się zakupy: grillowane przekąski na kolację, ulubione tanie ciastka podobne do OREO i karton fajek NEW BERLIN po 50 PHP/szt.! Ten ostatni nabytek to perełka podczas też podróży! Sam w to nie wierzę, ale zakupu dokonałem u profesjonalisty, który podczas pogawędki (nota bene dwóch zadeklarowanych palaczy) jarał nawet za ladą swego sklepiku. To się nazywa porozumienie nałogowców! Polecał co prawda mentole w tej samej cenie, ale nie przepadam za aromaterapią, heh.
W domku na kurzej łapce czas na podsumowanie bogatego w nowe doznania dnia. Generalnie do bardzo udanych go zaliczam. Co przyniesie jutro …? Czas pokaże. Uwielbiam tą niepewność kolejnych potencjalnych atrakcji …