Jakże miła i jakże niespodziewana ta pobudka o 6.00 rano była. Przez megafon obsługa promu gromko wzywa do odbierania przynależnego śniadania (wliczonego w cenę biletu). 2 kawałki nugetsów, jajko na twardo i ryż. Podstawa do funkcjonowania przez najbliższe godziny idealna!
Pół godziny przed czasem docieramy do celu. Niestety w porcie brak miejsca na przycumowanie. Chyba zapomnieli tu o naszym promie. Ostatecznie jednak tworzy się mały wakat i dobijamy do brzegu … punktualnie o 9.00! Przy wyjściu z portu trza jeszcze uiścić opłatę turystyczną – 200 PHP i można śmiało wkroczyć w tłumek szczwanych taksiarzy. Za 7-mio minutowy kurs do centrum żądają 250 peso. Pech chce, że akurat net mi padł. Kiedy do po jednym papierosie go odzyskuję mam już nowego oferenta. Ten chce 2 stówy twierdząc, iż to standardowa stawka. Prawdopodobnie tak jest. Spodziewałem się wszak, że na wyspach będzie znacznie drożej.
Pierwszy raz świadomie nie rezerwowałem zawczasu noclegu. Wybieram najtańszy pokój w samym centrum (Ken’s Inn) i dogaduję się z właścicielem na stawkę niższą, niż poprzez booking.com. Zamiast 700 płacę 600 PHP.
Pokoik w ziemisto-ekstrementowych barwach wygląda jak lepianka, ale jest łazienka, niezłe WF-FI (hasło: GodblessU ;)), a przed wejściem ...; zaciszny tarasik z popielniczką dla jaraczy. Mają nawet laundry service! To teraz jest priorytetem. Nie mam już nic czystego w plecaku. Całość prania – łącznie z butami – ma kosztować 450 PHP (28 zł). Jak mus to mus!
Czeka mnie teraz znacznie większy wydatek. Wśród wąskich uliczek miasteczka szukam okazji na korzystny "islands hopping" jeszcze tego dnia. Większość zorganizowanych rejsów wypływa ok. 8.00 rano i wraca przed 17.00. Nie interesuje mnie taka forma grupowego zwiedzania – chcę zobaczyć raptem dwie wybrane atrakcje i posnurkować trochę może. Dwa biura turystyczne oferują takową przygodę za jedyne 4500 PHP + opłaty za wstęp do tych miejsc. Pytam, czy mogę dogadać się gdzieś bezpośrednio z właścicielami łodzi. Panna wskazuje mi jedyny kierunek, którego dotąd nie eksplorowałem – nabrzeże wyspy przy tutejszym targu. Jest tuż za moim hotelem, a z daleka otrzymuję już głośne oferty z propozycją przejażdżki.
Negocjuję z wyglądającym na uczciwego dziadkiem. Oczywiście pokazuje na wyświechtanej, zalaminowanej karteczce standardowy wybór opcji, gdzie najtańsza to 3500 PHP! Klepię go po ramieniu i podkreślając, iż nie należę niestety do bogatych (i bezmyślnych) turystów + stwierdzam że interesują mnie tylko 3 punkty jego przebogatego programu: Kayangan Lake, Twin Lagoon i jakieś miejsce do snurkelingu. Dziadek sugeruje 3 kafle, ale na moje dwa i pół jakoś niepocieszony przystaje. Ze świadomością, że mimo wszystko ostro przepłacam, dobijam targu.
Niestety nie mam maski i muszę wrócić do hotelu. Po chwili jestem gotów na nowe wyzwanie. Dziadek prowadzi na chybotliwą pływającą przystań pontonową i przywołuje dedykowaną mi łódź obsługiwaną przez dwóch małolatów. Czuję się jak bogaty turysta, heh.
Na początek obieramy kurs do Kayangan Lake – śródlądowego jeziora ze słodką wodą zamieszkanego tylko przez jeden gatunek małych cienkich rybek. To park narodowy i trza uiścić opłatę 300 PHP. Mój przewodnik niesie kamizelkę ratunkową na wypadek, gdybym zażyczył se w jeziorze popływać. Nie zażyczyłem.
Pokonanie stromego podejścia licznymi schodkami zostaje nagrodzone idyllicznym widokiem na to niesamowite miejsce. Już okiem wyobraźni widzę je z góry …, ale, ale: nie można startować stąd dronem. Za to można z pomostu, gdzie przycumowaliśmy. Trochę karkołomna to operacja. Wzgórza są wysokie, wiatr spory, a niewielkie/skromne lądowisko trudne do opanowania. Udaje się jednak przetestować nowego miniaka w wymagających okolicznościach i bezpiecznie wylądować. Portki miałem jednak pełne … a to ostatnie czyste portki! :)
Do Twin Lagoon docieramy po krótkiej, sielankowej przejażdżce. Tu nawet nie wysiadam z łodzi, wszak opcją są jeno wypożyczone kajaki, lub snurkowanie nad piachem. Wolę za lądowisko drona potraktować dziób mojej łodzi. Miało być łatwiej niż poprzednio – nie było. Wiatr nie dość, że trochę utrudniał nawigację lotu, ale precyzyjne lądowanie to dopiero było wyzwanie. Ponownie się jednak udało, a pozyskane nagrania zdecydowanie warte były tych litrów wylanego potu i trzęsących się momentami rąk i kolan.
Ostatni punkt programu to rafa. Trza ponoć uiścić opłatę pływającym po lagunie strażnikom, ale podczas naszego postoju żaden się nie zjawił. Niewiele – bo 150 PHP – zostaje jednak w kieszeni.
Mam jednak większe, egzystencjalne zmartwienie; nie dość, że maska dziwnie nabiera wody przez co dostaję ataków paniki, to jeszcze są tu silne prądy, a spory wiatr wywołuje nadmierne falowanie morza. Nie mogę nawet od łodzi odpłynąć. Chłopaki po cichaczu zapewne ubaw mają, heh. Kurczowo trzymam się pływaka u jej boku i rezygnuję z eksploracji nawet najbliższych podmorskich ogrodów, a są tu znacznie bardziej efektowne niż w Alaminos.
Mój przewodnik przejmuje inicjatywę – przekazuję mu zatem kamerkę, a on płynie szukać tutejszych żółwi zielonych. Znika na prawie pół godziny. Trochę zaczynam martwić się o małolata … i o kamerkę … :D Ostatecznie wraca, choć niepocieszony; nie spotkał żółwi, ale kilka chaotycznych ujęć raf nagrał. Coś z tego materiału może posklejam.
Ostatecznie bezstratnie sprzętowo i personalnie wracamy na ląd. Wycieczka zajęła raptem 2,5 h. Wręczam chłopakom rzeczone 2,5 kafla. Powinni być ... i raczej są uradowani. Jest godzina 14.00, a wszystkie założone atrakcje okolicy już zaliczone. Cóż zatem począć z tak pięknym dniem …? Wracam do pokoju i myślę …, a w międzyczasie pani z obsługi przynosi moje pranie. Niedoschnięte co prawda, ale raczej pachnące (poza niedopranymi butami).
Na początek niech będzie obiad. Posilam się w pustej knajpce dwie przecznice dalej i nie dziwię się, że jest pusta. Takie sobie to danie z wieprzowiny. Z ryżem i 7UP kosztowało 145 peso. Nawet piątaka jako napiwek nie zostawiłem, heh.
Wracam do pokoju i pierwszy raz ucinam sobie poobiednią drzemkę. Pojęcia nie mam co można tu robić dłużej niż 1 dzień …? Pewnie eksplorować Busuanga Island skuterkiem. Mi atrakcji na dziś wystarczy. Jeśli uda się rano wstać i dotrzeć do portu – zmykam do El Nido. Może tamże zostanę na dwie noce …
Nieopatrznie wpadam na pomysł odwiedzenia przed snem nabrzeża nocą. Nic szczególnego i można sobie pseudo-atrakcję darować. W drodze powrotnej spożywam jeszcze dwa szaszłyki nabyte u luzaka puszczającego głośne znane kawałki.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby tuż po powrocie (dokładnie o 21.00) nie padło zasilanie mego hotelu. We wszechogarniającej ciemności próbuję jakoś na fakt zareagować: dzwonię via Whatsapp + wysyłam wiadomość o problemie, bo przecież mniej, lub bardziej świadomie właściciele nie odbierają połączenia. A takie w miarę dobre (do tej pory) zdanie o tym przybytku miałem.
Po dłuższej chwili bezsilności jestem leciutko podk..rwiony. Nie dość, że ogarnia mnie ciemność jak u "m….a w d…e" to jeszcze nie ma szans na sen bez wentylatora! Na jakiekolwiek ablucje też liczyć nie można.
Po 40 minutach power jakimś cudem zostaje przywrócony. Kamień w serca, a już planowałem ostrą, spektakularną zadymę, heh. Minusik wielki został właśnie temu przybytkowi przypisany.