Raniusio Garminek przyjaźnie poklepuje po plecach w uznaniu za głęboki sen i idealne przygotowanie organizmu do wyzwań kolejnego dnia. Już o 9.00 żwawo zwalniam pokój, a pół godziny później zajmuję miejsce w porządnym autokarze linii Partas. Na miejsce dotarłem 7 minutowym spacerkiem z hotelu, i choć niefortunnie odwiedziłem początkowo dworzec od d.py strony (skąd wyglądał na opuszczony), ostatecznie udało się jednak odnaleźć właściwe stanowisko odjazdu.
Równiutko po 2-ch godzinach sielankowej podróży wysiadam tuż pod moim zarezerwowanym: La Elliana Hotel. Meldunek zajmuje jeno chwilkę. Zostaję doprowadzony do pokoju na 6-tym piętrze, małoletnia obsługa jakoś włącza mi niedziałający TV i rozkoszuję się niesamowitą przestrzenią pokoju. Chyba największą nie tylko na Filipinach, ale podczas wszystkich pobytów w całej Azji. Tańczyć tu można!
Zamiast jednak pląsać - standardowo instaluję się wstępnie w przybytku i ruszam w kierunku centrum. Jest oddalone raptem o 7 min. drogi spacerkiem, więc nie muszę się zbytnio wysilać.
Jest za to wyjątkowo upalnie, a pot cieknie już nie tylko po pupie, ale zalewa nawet okulary. Na szczęście tutejsze (nieliczne) atrakcje oddalone są od siebie raptem o rzut beretem i po ok. pół godzinie jestem gotów na ważniejsze wyzwanie. Trza jakoś dotrzeć do Paoay z kolejnym zabytkowym barokowym kościołem wpisanym na listę UNESCO. Wracając w stronę mijanego wcześniej dworca przypadkowo trafiam na postój jeepney'ów do Paoay (via Batac). Driver oświadcza, iż odjazd jest za 11 min. Pytam, czy mogę w międzyczasie zajarać; ależ tak! I nawet nie muszę wychodzić na palące słońce – mogę zasiąść obok drivera na ocienionej ławeczce tuż przy pojeździe. No to jaram jak panisko. Rzeczywiście ok. 10 min. później pojazd zapełnia się szczelnie podróżnymi i nawet nie wiem kiedy sympatyczny kierowca przekazuje info o wysiadce. Płacę 40 PHP (mniej niż w oficjalnym cenniku wywieszonym do użytku publicznego).
O tak! Co prawda zaczynam zwiedzanie od tyłu obiektu, ale już tu czuć jego potencjał. Podobnie jak kościół w Santa Maria – ten też jest potężny, uzbrojony w grube mury i wyjątkowo masywne "antytrzęsieniowe" przypory. Atmosfera wokół iście sielankowa. Niewielu tu rozleniwionych turystów (nawet lokalnych), a tych zachodnich (czyt. białasów) już od wielu dni nie widziałem. Zapewne wystawiają spragnione słońca i zabójczego promieniowania UV pupy na rajskich plażach południowych wysp Filipin, heh.
Wnętrze kościoła nie powala. Wyjątkowo oszczędne w wyrazie (zresztą jak to wspomniane wcześniej), jednak przysadzista bryła budowli robi wrażenie. Na tyle duże, że warto nad nią polatać dronem. Wcześniej jednak wypadałoby się posilić. Wybieram stolikową knajpkę w okolicy i zamawiam coś wołowego (chyba) z ryżem i jajkiem za 140 PHP. Obsługuje mnie ewidentnie zadeklarowany trans. Najwidoczniej taka forma ekspresji jest tu publicznie tolerowana. Też nie mam nic przeciwko; wszak obsługa jest sprawna, a człowiek to człowiek: ma prawo żyć wedle własnego uznania (przy okazji osobisty apel: ******** + faszystę kaczyńskiego), choć to drugie mógłby jako zbyt wielką, zmysłową przyjemność odebrać, heh.
Żal opuszczać to miejsce, ale obejrzałem dokładnie wszystko w okolicy i nawet dronkiem na wyjątkowym luzaku polatałem. Wracam do miejsca, w którym wysiadłem i za moment łapię jeepney’a do Laoag.
Wysiadam w centrum i tu - rozochocony - też trochę latam.
Po drodze do hotelu wstępuję jeszcze do supermarketu i nieopatrznie nabywam paczkę Marlboro crafted ice. Każde zaciągnięcie się tym syfem wywołuje gromkie ataki kaszlu! Niniejszym spisuję najpopularniejszą tu, złodziejską markę na straty.
Jest raptem 18.00, a dopiero po 20.00 jestem umówiony na telekonferencję z rodziną. Świętują dziś hucznie ostatki. Jakoś ten czas wypełnić trza, a że trochę zarosłem na głowie postanawiam poddać się operacji postrzyżyn jakiemuś barberowi. Wpisuję w Google pożądaną frazę i ruszam w kierunku skupiska takowych. Po kilku nieudanych próbach w zajętych, nieczynnych, ogólnie niefajnych przybytkach, zasiadam w oczekiwaniu na usługę w trochę droższym lokalu (standardowa stawka to ok. 100-120 peso). Ok. 45 min. stanu błogości doświadczam obserwując w lustrze perfekcję mego oprawcy. Chyba nigdy w życiu moje włosy nie zostały potraktowane z równie profesjonalnym namaszczeniem jak w tym lokalu. Z 25%-owym napiwkiem uiszczam opłatę 200 PHP. Przeprzyjemne, niebiańskie wręcz doświadczenie.
Przypadkowo doświadczam też kolejnej atrakcji: wybitnego koncertu lokalnej (raczej sławnej sądząc po reakcji tłumu) filipińskiej grupy rockowej w samym centrum miasta i pysznego kebabu (60 PHP) na nocnym targu.
Wracając do hotelu kupuję jeszcze nie-ice-owe fajki (140 PHP), kanapki na jutrzejszą podróż (diabli wiedzą dokąd) i batoniki na osłodę życia.
Po 21.30 wdaję się w na długo wcześniej założoną, grubszą polemikę z rodziną i znajomymi. Zimnawo tam u nich, heh.