Dziś pobudka wcześniejsza niż zwykle. Korzystam z okazji i o 9.00 jestem już spakowany, a sprzątającą podwórze panią proszę o zamówienie taxi. OK, OK, krzyczy i znika za płotem na 20 min. Chyba szukała męża. Po kolejnych 10 min pojawia się boss z aplikacją Grab. Muszę się w końcu wziąć za własną.
Za 6 min podjeżdża taxi, a po kilkunastu kolejnych wysiadam przed dworcem. Niestety od strony terminala rezerwacyjnego. Nie za bystra opiekunka klienta każe czekać na krzesełkach w klimatyzowanym holu. Nie mam żadnej rezerwacji, chcę jeno kupić bilet! Nie chcę czekać – chcę jechać! W końcu załapuje i wskazuje windę na poziom busów.
Za chwilę w jednym z luksusowych, zmierzających do Dagupan (via Agoo) rozsiadam się jak panisko w wygodnym siedzeniu obok kierowcy, by po chwili musieć zmienić pojazd na stojący obok, rozklekotany i nawet bez klimy. Za to wszystkie okna, a nawet drzwi są w trakcie jazdy otwarte! Szczęście, że nie zdążyłem zdjąć polara i koszuli termicznej. Wszystkim prawie pasażerom przeciąg o sile cyklonu prawie urywa głowy, ale wydają się tym faktem nieporuszeni. Tragiczna ta półtora-godzinna podróż była – taka tam atrakcja za jedyne 90 PHP.
Ostatecznie jednak meldujemy się cali i zdrowi (chyba) w Agoo, a tu ponownie trza zmienić środek lokomocji. 8 min pieszo dalej jest przystanek busów w kierunkach północnych. Raczej nie powinno być problemu z ich złapaniem wszak wszystkie jadą tą samą trasą. Idę na stronę zajarać, skorzystać profilaktycznie z toalety i po powrocie od razu wsiadam do autokaru z czerwonym napisem: Vigan. Podejrzany się trochę wydaje, wszak pierwszy raz nie otrzymuję biletu, a zapłaciłem aż 370 PHP!
Kiedy myślę, że po opuszczeniu w San Fernando (inne niż to, w którym byłem wcześniej) pojazdu przez wrzaskliwe towarzystwo prowadzące niekończące się dialogi dokładnie wokół mnie, okazuje się, że kurs na dalszej trasie zostaje odwołany. Prawie jak na lotnisku w Wawce i Frankfurcie, heh.
Bileter zwraca mi ok. 2/3 ceny biletu i wskazuje terminal jeszcze innej prywatnej firmy przewozowej. Na dworcu sprawdzam, czy mogę kupić bilet w kasie – nie-e – tylko w autokarze! Nie ma akurat żadnego rejsu w pożądanym kierunku, wracam zatem na ulicę, gdzie mnie wysadzono. Czekam cierpliwie. Czekam coraz dłużej (+ mniej cierpliwie). Wydaje się, że nic do Vigan nie jedzie, a inne destynacje na północ się nie zatrzymują na wezwanie. Co jest!? Mija prawie 45 min. aż w końcu wsiadam do zatrzymującego się właśnie obok luksusowego autokaru jadącego dokądś-tam. Grunt, że przez Vigan! Jest nawet czynna toaleta na pokładzie. Pasażerów niewielu, ale dostaję papierkowy, dziurkowany bilet (270 PHP). Szansa, że ten dojedzie jednak do celu znacznie wzrosła.
W sielankowej trasie zaczynam myśleć co począć z resztą wyjazdu. Minął półmetek mej podróży, a celów pozostało sporo. Trza by się nad tym głębiej zastanowić, szczególnie, że prosto to już było … i nie wróci więcej … Teraz zaczną się schody (czyt.: promy versus samoloty) na wyspy Filipin.
Z jednym dłuższym postojem na posiłek/toaletę/fajkę (co kto lubi, heh) docieramy do Vigan o 17.00. W sumie tak mniej więcej zakładałem. O dziwo nie rzuca się na mnie tłum ryksiarzy. Wprost przeciwnie: to ja szukam taniej podwózki. Po kilkudziesięciu metrach spaceru trafiam na wolnego drivera. Za chyba uczciwą cenę: 50 peso wiezie mnie pod hotel. Już z trycykla miasto wydaje się inne, nieazjatyckie wręcz! Pustawe uliczki przemierzają bryczki konne, brak straganów z żarciem, mydłem i powidłem, … brak nawet ludzi!
Tymczasem błyskawicznie melduję się w recepcji. Mieszkam w samym środku starego miasta, a i zacny hotelik wygląda na zabytkowy, a na pewno tchnie kolonialnym klimatem. Mój pokoik, niewiele większy od legowisk z Hong Kongu, ma nieotwierane okno (ale ma!), raczej sprawną klimę (bardzo się przy tej powierzchni przydaje), schludną łazienkę (bez mechanicznej wentylacji) i … to by było na tyle. Kilka razy schodzę do recepcji w kwestii ustalenia hasła do WI-FI. Napisać musiała je na zamierzchłym kartoniku kura pazurem, stąd błędy w odczytaniu. Ostatecznie osobiście wpisuje mi je na telefonie i laptopie pani recepcjonistka. Wi-Fi nie śmiga, ale jakoś działa.
Priorytetowe wydaje się teraz dosuszenie mego prania sprzed dwóch dni. Pojęcia nie mam jak mogło nie wyschnąć przez dwie noce i cały dzień w Baguio! Rozwieszam bieliznę i koszulki gdzie się da … czyli warstwowo na oparciu krzesła i wieszaku ręcznikowym w łazience. To się nazywa minimalizm!
No to najwyższy czas na zapoznanie się z odmienną od dotychczasowych miejsc okolicą. Wszystko wygląda tu już na zamknięte. Ludzi coraz mniej, a i pojazdy przemykają pustymi uliczkami jeno od czasu do czasu. Trafiam na szczęście na duży market spożywczy i robię podstawowe zakupy. Czas coś treściwego spożyć – trochę mam dość już kurczaków w różnej formie. Plącząc się po obszernych, imponujących placach centrum trafiam (na jednym z nich) na stolikową knajpę z dużym wyborem gotowych dań. Tak właśnie lubię. Zamawiam wieprzowinę z cebulą, ryżem, warzywami i Mountain Dew na popitkę, a zestaw kosztuje 180 PHP (11,15 zł). Zasiadam przy drewnianej ławie z widokiem na cały okoliczny plac i przy wtórze ćwiczących zumbę sportowców ze smakiem pochłaniam obiadokolację. Kolejny świetny posiłek! Nie zdarzyło mi się jeszcze trafić na nic co by mi nie smakowało. Niniejszym podważam wszystkie negatywne opinie o filipińskiej kuchni! ;)
Wieczorem dla picu (czyt.: oka właścicieli; żem niby porządny i zakazów przestrzegam) wychodzę zapalić przed hotel i przy okazji ucinam se dłuższą pogawędkę ze znajomymi. Rzecz jasna w łazience też jaram … :)