Geoblog.pl    dagar    Podróże    FILIPINY 2026    DZIEŃ 11 (25) (LUZON) – MIASTO INNE
Zwiń mapę
2026
19
lut

DZIEŃ 11 (25) (LUZON) – MIASTO INNE

 
Filipiny
Filipiny, Vigan
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 407 km
 
O dziwo dziś pobudka wcześniej niż zwykle się zdarzyła. Korzystam z okazji i o 9.00 jestem już spakowany, a zamiatającą akurat podwórze Panią uprzejmie proszę o zamówienie taxi. "OK, OK" krzyczy i ... znika za płotem na 20 min. Chyba szukała zagubionego na dzielni męża. Po kolejnych 10 min pojawia się boss z nieodzowną aplikacją Grab. Muszę się w końcu wziąć za własną, wciąż niedziałającą.

Za raptem 6 min podjeżdża taxi, a po kilkunastu kolejnych wysiadam przed dworcem. Niestety od strony terminala rezerwacyjnego. Nie za bystra opiekunka klienta każe czekać na krzesełkach w klimatyzowanym holu. Nie mam żadnej rezerwacji, chcę jeno kupić bilet! Nie chcę czekać – chcę jechać! W końcu managerka dworca załapuje i wskazuje windę na poziom busów.

Za chwilę w jednym z nich, tych luksusowych, zmierzających do Dagupan (via Agoo) rozsiadam się jak panisko w wygodnym siedzeniu obok kierowcy, by po chwili zostać brutalnie zmuszonym do drastycznej zmiany na pojazd stojący obok, niemiłosiernie rozklekotany i nawet bez klimy. Za to wszystkie okna, a nawet drzwi są w trakcie jazdy otwarte! Szczęście w nieszczęściu, że w pośpiechu nie zdążyłem zdjąć polara i koszuli termicznej. Wszystkim prawie pasażerom przeciąg o sile cyklonu prawie urywa głowy, ale wydają się tym faktem nieporuszeni. Tragiczna ta półtora-godzinna podróż się okazała: taka tam dodatkowa rollercoster-owa atrakcja za jedyne 90 PHP, heh.

Ostatecznie jednak meldujemy się cali i w miarę zdrowi (chyba) w Agoo, a tu ponownie trza zmienić środek lokomocji. 8 min pieszo dalej jest przystanek busów odjeżdżających w kierunkach północnych. Raczej nie powinno być problemu z ich złapaniem wszak wszystkie jadą tą samą trasą. Idę na stronę zajarać, skorzystać profilaktycznie z toalety, a po powrocie od razu wsiadam do autokaru z czerwonym napisem: Vigan. Podejrzany się trochę wydaje, wszak pierwszy raz nie otrzymuję biletu, a zapłaciłem aż 370 PHP!

Kiedy myślę, że po opuszczeniu w San Fernando (inne niż to, w którym byłem wcześniej) pojazdu przez wrzaskliwe towarzystwo prowadzące niekończące się dialogi dokładnie wokół mnie, okazuje się, iż kurs na dalszej trasie zostaje niespodziewanie/nagle odwołany. Prawie jak na lotnisku w Wawce i Frankfurcie, heh.

Bileter zwraca mi zawiniątko z ok. 2/3 ceny biletu + wskazuje terminal jeszcze innej prywatnej firmy przewozowej. Na dworcu sprawdzam, czy mogę kupić bilet w oficjalnej kasie na dalszą podróż – nie-e! – tylko w autokarze! Nie ma akurat żadnego rejsu w pożądanym kierunku, wracam zatem na ulicę, gdzie mnie wysadzono. Czekam cierpliwie. Czekam coraz dłużej (+ coraz mniej cierpliwie). Wydaje się, że nic do Vigan nie jedzie, a inne destynacje na północ się nie zatrzymują na wezwanie. Co jest!? Mija prawie 45 min. W końcu mozolnie wsiadam do zatrzymującego się właśnie obok mnie luksusowego autokaru jadącego dokądś-tam. Grunt, że przez Vigan! Jest nawet czynna toaleta na pokładzie! Pasażerów niewielu, ale dostaję papierkowy, dziurkowany bilet (270 PHP). Nadzieja, iż ten dojedzie jednak do celu znacznie wzrasta.

W sielankowej trasie ponownie zaczynam intensywnie myśleć cóż począć z resztą wyjazdu. Właśnie minął półmetek mej podróży, a celów do eksploracji pozostało sporo. Trza by się nad tym głębiej zastanowić, szczególnie, że prosto to już raczej było … i nie wróci więcej … Teraz zaczną się schody (czyt.: promy versus samoloty) na kolejne wyspy Filipin.

Z jednym dłuższym postojem na posiłek/toaletę/fajkę (co kto lubi, heh) docieramy do Vigan o przyzwoitej 17.00. W sumie tak mniej więcej zakładałem. O dziwo nie rzuca się na mnie tłum ryksiarzy. Wprost przeciwnie: to ja szukam taniej podwózki. Po kilkudziesięciu metrach potliwego spaceru trafiam na wolnego drivera. Za chyba uczciwą stawkę: 50 peso wiezie mnie pod sam hotel. Już z trycykla miasto wydaje się inne ..., nieazjatyckie wręcz! Opuszczone uliczki przemierzają sporadycznie jeno puste bryczki konne, brak straganów z żarciem, mydłem i powidłem, … brak nawet ludzi!

Tymczasem po dotarciu do celu błyskawicznie melduję się w recepcji. Mieszkam w samym środku starego miasta, a i zacny hotelik wygląda na zabytkowy, a na pewno tchnie kolonialnym klimatem. Mój pokoik, niewiele większy od legowisk z Hong Kongu, ma nieotwierane okno (ale ma!), raczej sprawną klimę (bardzo się przy tej powierzchni przydaje), schludną łazienkę (bez mechanicznej wentylacji) i … to by było na tyle. Kilka razy schodzę do recepcji w kwestii ustalenia hasła do WI-FI. Napisać musiała je na zamierzchłym kartoniku kura pazurem, stąd błędy w odczytaniu. Ostatecznie osobiście wpisuje mi je na telefonie + laptopie pani recepcjonistka. Wi-Fi nie śmiga, ale jakoś działa.

Priorytetowe wydaje się teraz dosuszenie mego prania sprzed dwóch dni. Pojęcia nie mam jak mogło nie wyschnąć przez dwie noce i cały dzień w Baguio! Rozwieszam bieliznę i koszulki gdzie się da … czyli warstwowo na oparciu krzesła i wieszaku ręcznikowym w łazience. To się nazywa minimalizm na maksa!

No to najwyższy czas na zapoznanie się z odmienną od dotychczasowych miejsc okolicą. Wszystko wygląda tu już na zamknięte. Ludzi coraz mniej, a i pojazdy przemykają pustymi uliczkami jeno od czasu do czasu. Na szczęście trafiam na duży market spożywczy i robię podstawowe zakupy. Czas coś treściwego spożyć – trochę mam dość już kurczaków w różnej formie. Plącząc się leniwie po obszernych, imponujących placach centrum trafiam (na jednym z nich) na stolikową knajpę z dużym wyborem gotowych dań. Tak właśnie lubię. Zamawiam wieprzowinę z cebulą, ryżem, warzywami i Mountain Dew na popitkę, a zestaw kosztuje 180 PHP (11,15 zł). Zasiadam przy drewnianej ławie z widokiem na cały okoliczny plac i przy wtórze ćwiczących zumbę sportowców ze smakiem pochłaniam obiadokolację. Kolejny świetny posiłek! Nie zdarzyło mi się jeszcze trafić tu na nic co by mi nie smakowało. Niniejszym podważam wszystkie negatywne opinie o filipińskiej kuchni! ;)

Wieczorem dla picu (czyt.: oka właścicieli; żem niby porządny i zakazów przestrzegam) wychodzę zapalić przed hotel i przy okazji ucinam se dłuższą pogawędkę ze znajomymi z Polski.
Rzecz jasna w łazience też jaram … :)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
dagar
Darek Grabowski
zwiedził 10.5% świata (21 państw)
Zasoby: 443 wpisy443 19 komentarzy19 5875 zdjęć5875 3 pliki multimedialne3
 
Moje podróżewięcej
22.03.2026 - 24.03.2026
 
 
15.03.2026 - 21.03.2026
 
 
09.02.2026 - 14.03.2026