Tym razem sporo przed 8.00, zaś wyśmienicie wyspany się budzę. Pakuję dobytek wyjątkowo sprawnie i po chwili oddaję kartę/klucz w recepcji. Niestety dyżurna pani sprzątaczka sprawdzając mój pokój dowąchała się jakoś (zapewne psim powonieniem) dymu papierosowego i muszę zapłacić karę 500 PHP (30 zł)! A przecież tak sprawnie (wg mnie) wywietrzyłem przybytek! Wszystko przez ten brak wentylacji w łazience, chyba ich do sądu podam, heh.
Jak znam życie panie sprzątaczki są w zmowie „wespół zespół” z równie cipowatymi recepcjonistkami i dorabiają sobie na tym lukratywnym interesie, wszak żadnego potwierdzenia uiszczonej dodatkowej opłaty nie otrzymałem. Następnym razem takiego zażądam!
W trochę spapranym od rana nastroju, acz już po dwóch minutach, jestem na dworcu. Tym razem Victory Liner nie zawodzi i za chwilę siedzę w miejskim autobusie jadącym do Dagupan City (122 PHP). Po prawie dwóch godzinach osiągamy tamtejszy dworzec. Ledwo wypaliłem fajkę i skorzystałem z WC, a siedzę już w kolejnym autokarze – tym razem do Baguio (194 PHP).
Jak dotąd prawie wszyscy Filipińczycy są wyjątkowo pomocni, wręcz opiekuńczy. Wystarczy, że stanę i się rozejrzę, a za moment pada pytanie czego szukam. Ci nie mówiący po angielsku, acz podskórnie wyczuwający aktualną potrzebę kolesia w potrzebie – ręcznie wskazują domniemany wg nich kierunek. Każdy ochroniarz, policjant i inny mundurowy wita się z uśmiechem, pozdrawia serdecznie, tudzież co najmniej kłania się usłużnie. Pojęcia nie mam skąd w tym narodzie tyle spolegliwości … !? Przecież przeżyli jarzmo kolonializmu, a w czasie wojny okupację wrogich sił! I nadal przejawiają szacun dla białasów …?
Do Baguio docieramy po ok. 3-ech godzinach jazdy. Dochodzi 15.00. Na szczęście otworzywszy (w samą porę!) mapy Google zauważam, iż właśnie wjeżdżamy drogą wiodącą przez okolice mego homestay-u. Proszę kierowcę o specjalny przystanek, a zarówno tenże jak i współpracujący z nim bileter prawie z namaszczeniem dziękują za możliwość sprawienia mi takiej przysługi! No wymiękam.
Raptem 5 min. drogi pieszo dzieli mnie od celu. Palę najpierw rzecz jasna, choć ok. godzinę temu na zapyziałym górskim parkingu też mieliśmy krótki przystanek m.in. na takowe przyjemności. Przeprzyjemna trasa wiodła początkowo wzdłuż wybrzeża morza, potem wiła się serpentynami ostro pod górę.
Zgodnie ze wskazówkami Właścicielki AZM Transient House - Google Maps doprowadza mnie do celu. Chyba, bo na pensjonat to nie wygląda. Wysyłam wiadomość o dotarciu na miejsce, ale odpowiedzi brak. Kawałek "niżej" pytam sąsiadów o wskazany adres. Po dłuższej chwili orientują się, iż ku ich zaskakującemu zaskoczeniu znajduje się tuż nad ich przybytkiem, a kilka sekund później spotykamy Właścicielkę rzeczonego pensjonatu.
Tak jak się spodziewałem jest wyjątkowo sympatyczna, przyjazna i pomocna. Ucinamy sobie małą pogawędkę na tematy różne, a w międzyczasie Pani ujawnia wszelkie dobrodziejstwa mego nowego lokum. Jestem ZACHWYCONY! Do dyspozycji mam obszerny hol z aneksem kuchennym, wyposażonym nawet w płytę gazową do prawdziwego gotowania, przydatny czajnik elektryczny (zaparzam właśnie chińską zupkę z Polski), przeróżne garnki, naczynia, sztućce, itp. Mini łazienka zaopatrzona jest w przepływowy ogrzewacz wody, a z sypialni wychodzi się na zaciszny, spory balkon … z nieziemskim widokiem na pagórkowatą dzielnicę miasta. No teraz to już oficjalnie mogę jarać nie siedząc na kiblu :) Dostępny necik też działa przyzwoicie.
Urządzam się tu po mojemu, a w następnym kroku postanawiam znaleźć coś do jedzenia. Po porannej bułeczce na śniadanie – w ramach lunchu przegryzłem tylko 3-ma ciastkami podczas trasy.
Nieopodal trafiam na „przydomowy” mini sklepik, ale poza litrową Colą (85 PHP) nic tu ciekawego nie znajduję. Ponoć nie ma też w okolicy żadnych jadłodajni. Właściciel sklepu kieruje mnie ku głównej drodze, od strony której tu dotarłem. Niestety jest ostro pod górkę. Skoro jednak (z kilkoma przystankami na odpoczynek) tu dotarłem, a obok zlokalizowany jest akurat przystanek jeepney-ów ruszam do centrum.
Po kilku minutach wysiadam w samym środeczku Baguio. Tu też nie ma lekko – prawie brak płaskich chodników: są tylko ostro pochyłe rampy, lub strome schody. Nawet centrum miasta rozlokowane jest na trudnych do zdobycia wzgórzach.
Sklepów z mydłem i powidłem zatrzęsienie, ale knajp nie widać. Nagle zatrzymuje mnie zapach grillowanego kurczaka. Za 180 PHP kupuję połówkę. W kolejnym sklepiku dokupuję jeszcze serowe bułeczki i mogę wracać do guest house-u. Na zwiedzanie przyjdzie czas jutro – teraz nawet kamery nie ze sobą nie mam.
Generalnie już mi się tu podoba! To jednak spore miasto, a takie uwielbiam. Nie przypomina skromnego Sapa w Wietnamie. Niestety pogoda jest tu równie kapryśna jak tam. Po zameldowaniu lunął deszcz, teraz jest pogodnie, choć chłodniej niż w poprzednich miejscowościach. Przyjemne 22 stopnie służą spacerom (w polarze rzecz jasna). Jutro od południa ma jednak padać. Zobaczymy jak będzie.
Tymczasem szukam powrotnego kursu. Po kilku wskazówkach od driverów osiągam przystanek w pożądanym kierunku. Jeepney-ów tu zatrzęsienie. Żałuję, że tak późno w Manili okryłem zalety tego środka transportu. Koszt to zwykle 11-15 peso, a radocha z przewiewnej jazdy nieoceniona!
Posilony kurczakową kolacją w moim lokum zarządzam kolejne pranie. Tym razem porządne: czyt.: z dużą ilością dostępnego akurat płynu do naczyń, a nie jak poprzednio w Manili – z odrobiną szamponu i mydła, heh. Na balkonie są dwa sznury do suszenia. Znów przyoszczędziłem. Muszę jakoś odrobić poranną karę za jaranie w pokoju ;)