Ponownie budzę się po 8.00, choć tym razem wyspany. Zamierzam na maksa wykorzystać czas przed check-outem. W nocy skończył mi się azjatycki pakiet Airalo i muszę uruchomić nowy – filipiński. Do tego jednak net jest niezbędny! W recepcji proszę o kilkuminutowe udostępnienie WI-FI i jakoś udaje się odpalić kolejne 10 GB wykupionych jeszcze w Polsce danych.
Niestety ponownie błędnie zarezerwowałem pokój w Baguio. :( Ten sam czeski błąd: nie marzec miał być tylko luty! Czujna obsługa przybytku zareagowała jednak na czas nie przyjmując prośby. Poprawiam się i za chwilę dostaję potwierdzenie rezerwacji. Uff! Mają do mnie cierpliwość, heh.
Uzupełniam relację poprzedniego dnia, na śniadanie spożywam wczorajsze udko kurczaka i zwalniam pokój.
Ponownie w okolicy Red Doorz – z pomocą miejscowego przechodnia – zatrzymuję bus do San Fernando. Ponownie też uiszczam 85 PHP opłaty za bilet. O 12.00 jestem na dworcu. Niestety nie można tu kupić biletu w kasach (chyba takich nawet nie ma) i trza wyczekiwać odpowiedniego kursu na peronach.
Trochę mnie dziwi intensywność odjazdów autokarów do innych destynacji. W pożądanym przeze mnie kierunku nie jedzie nic! Czekam i czekam. Sprawdzam w necie inne opcje, ale wszystkie zaczynają się na tym właśnie dworcu. Zniecierpliwiony ponad 40-minutowym oczekiwaniem zamierzam wyjść i zajarać, a w tym momencie wjeżdża bus do Tarlac City. Ustawiam się w kolejce chętnych, jednak pierwszeństwo wstępu mają ci, którzy wykupili już bilety. Ich nazwiska wyczytuje przez megafon rubaszny dworcowy pomocnik, z którym gadałem już wcześniej (też przez megafon ;)). Na szczęście pozostali podróżni mogą dostąpić zaszczytu przewozu … niestety na stojaka (148 PHP). Chrzanić to – wystarczy mi już tego czekania. Jakoś wytrzymam, wszak z każdym dniem coraz bardziej mnie ten kraj hartuje, heh.
Po ok. 20 minutach miła niespodzianka; sporo osób wysiada w Angeles (tu, gdzie niefortunnie zarezerwowałem pierwszy nocleg, a który na szczęście mi odwołano). Wszyscy cierpliwi stojący (w tym ja) zostają nagrodzeni za wytrwałość miejscami siedzącymi!
No teraz to mogę jechać choćby cały dzień nawet bez jednej fajki. Wystarczyła jednak ponad godzina, by znów zapalić na dworcu w Tarlac. Jarając przy wjeździe na dworzec jestem świadkiem odjazdu bezpośredniego autokaru do Alaminos City. Nie zatrzymali się dranie. Zgodnie z rozkładem za pół godziny o 15.00 ma być następny (bilet 266 PHP = 16,28 zł) Przyjeżdża nawet wcześniej i zostawiwszy w luku bagażowym plecak po chwili zasiadam w bezsłownie wskazanym (przez dziewczę z dzieckiem na ręku) wolnym fotelu. Dziewczę bez wydania żadnego dźwięku pokazuje mi jak dla własnej wygody podnieść podłokietnik siedzenia. Wiem jak, ale z wdzięcznością stosuję się do udzielonych wskazówek. Chwilę później zostaję poczęstowany „czymś słodkim”. Kolejny raz odwdzięczam się dziękczynnym uśmiechem zastanawiając się, czy owe miłe dziewczę nie jest aby niemową. Ludzie dotknięci wszelakimi ułomnościami są zwykle bardziej otwarci na potrzeby innych, lepiej je wyczuwają, szybciej reagują, wyciągają pomocną dłoń …
Córka rzeczonego dziewczęcia na pewno jest w pełni sprawna + ewidentnie nadpobudliwa. Nawet młodociany mąż Pani dobrodziejki traci w końcu cierpliwość i karze niesforne dziecię. Owo uderza w rozpaczliwy bek. Sytuację udaje się znormalizować po udostępnieniu córci jakiegoś filmiku na telefonie.
Z każdym kolejnym przystankiem sytuacja w busie ulega powoli rozluźnieniu. Większość siedzeń się zwalnia, więc zmieniam miejscówkę. Gdybym tak jeszcze nie zapomniał o zabraniu z plecaka głównego polaru (klima zaczyna doskwierać) mógłbym tu nawet spać, heh. Niestety ewidentnie mi ta przejażdżka nie służy. Zaczynam kichać na wszystko, a z nosa lecą strumienie wodnej wydzieliny. Chyba osiągam stan katarowatego przeziębienia sprzed roku w Hanoi. Długo nie ustępował.
Punktualnie o 18.00 docieramy do dworca w Alaminos. Mój nocleg w Asia Novo Boutique Hotel mieści się raptem o 2 min. stąd! Właściwie jestem w samym centrum miasteczka. Paląc odrzucam wszystkie propozycje taksiarzy (ci wydają się bardziej nachalni niż w poprzednich miejscowościach).
Hotel jest zlokalizowany nad supermarketem (!), a wejścia pilnuje ochroniarz. Melduję się w recepcji i po kolejnych 15 minutach zasiedlam nowy przybytek. Pierwsze wrażenie takie sobie. Budynek jest wielki. Krętymi korytarzami docieram do pokoju 347. Mam okno (wychodzące na wewnętrzną studnię wentylacyjną), łazienkę (bez działającej wentylacji elektrycznej), działającą za to sprawnie klimę, WI-FI śmigające raczej bez zarzutu i po raz pierwszy na Filipinach – ciepłą wodę w kranie! Na dwa noclegi powinno wystarczyć!
Rozpakowuję się błyskawicznie i ruszam na pierwszy ogląd okolicy. Jest 19.00. Sklep pode mną właśnie zamykają. 3 min drogi stąd osiągam bogato oświetlone centrum miasteczka. Generalnie jest cool! Dokonawszy podstawowych zakupów w lokalnym, ciasnym sklepiku z uczciwymi cenami szukam jadła. Wszystko wokół się powoli zamyka. Jestem zdany na dowolnie wybraną sieciówkę. Nieopatrznie wybór pada na jedną z kurczakowych knajp. Przekornie zamawiam szaszłyki wieprzowe z ryżem (130 PHP) i z interaktywnym numerkiem w ręku czekam prawie godzinę na odbiór zamówienia. Porażka! Upust rozdrażnienia wyrażam małą zjebką wydającej zamówienia grubaski, która przez 15 min nie zauważa mego istnienia, mimo, iż stoję na wprost niej patrząc intensywnie w jej wyjątkowo brzydką twarz, a oddziela nas tylko torba z moim (gotowym do odbioru) zamówieniem! Daleko „to coś” raczej nie zajdzie.
Wracam do pokoju i spisuję historię dzisiejszego dnia. Kolacja w sumie nienajgorsza się okazała. Szkoda, że okupiona tak długim oczekiwaniem.