8 rano to chyba standard moich pobudek. Bez marudzenia zabieram się za pakowanie. Po dwóch godzinach zwracam klucz do pokoju, a obsługa zamawia mi taxi Grab. W aplikacji wychodzi 190 PHP za kurs do dworca Victoria Liner. Na zewnątrz pada, właściwie leje deszcz. Po 10 min. podjeżdża mój transport. Jedzie się miło, natomiast na miejscu pan żąda 240 PHP za usługę. Chyba sam doliczył sobie 50 PHP napiwku. Nie mam nastroju na awantury, więc tylko szyderczym uśmiechem kwituję złodziejski proceder.
Na dworcu kolejka do kas niemiłosierna. Pani z ochrony sugeruje, abym ustawił się w tej krótszej „priority” … jako senior. I tak zabiera to jakieś 25 min., ale ostatecznie sprawnie nabywam bilet (180 PHP) na bus do San Fernando o 11.00, czyli już za 15 min! Tuż za kasami jest sekretne miejsce dla palaczy – no to korzystam. Ledwo kończę fajkę, a podjeżdża mój autokar. Jest nowy i oferuje luksusowe warunki jazdy. Wygodne siedzenia + mnóstwo miejsca na nogi zapewniają pełen komfort.
Prawie 2 godziny zajmuje wyjazd z Manili. Przydrzemując co parę minut mam okazję obejrzeć jej przedmieścia. Wyglądają jak niekończący się slums. Ostatnią godzinę jedzie się dość szybko i ok. 14.00 jestem na dworcu w San Fernando. Dopiero teraz rozglądam się za noclegiem. Wokół dworca wszystko drogie. Rezerwuję tani pokój bez okna w Angeles. Nie precyzyjnie spojrzałem na mapę. Okazuje się, że jest oddalony o 18 km! Stało się jednak i szukam teraz transportu. Grab nadal nie działa. Taksiarze chcą 600 PHP! No to się urządziłem. W międzyczasie przychodzi info, iż moja rezerwacja została odrzucona. W to mi graj! Rezerwuję wcześniej upatrzony nocleg w znacznie bliższej okolicy. Tu da się nawet transportem publicznym dojechać.
Po drugiej stronie ulicy czekam na bus. Właściwie zdaję się na dwóch kolesi, którzy jadą w tym samym kierunku. Na nich zrzucam obowiązek wypatrywania i zatrzymania właściwego. Kilka się nie zatrzymuje. Są pełne. W końcu jednak wsiadam do autokaru i za 85 PHP dojeżdżam do Guagua. Stąd mam tylko 6 min. pieszo do Red Doorz Hotel.
Wpisuję się do księgi gości i zostaję doprowadzony do pokoju na drugim piętrze. Podstarzały wygląd, ale jest niezbędne minimum do przetrwania. Nawet TV działa! Lokaj przynosi dodatkowy stół, nie dostałem jednak klucza. Schodzę na dół. Panie szukają go zawzięcie, ale mają w pudełeczku taki burdel, że nie mogą go znaleźć. Z plikiem nieoznakowanych kluczy idziemy do pokoju. Kilka nieudanych prób i … bingo! Odnajduje się ten właściwy. Pytam o hasło do WI-FI. Niestety takowego brak. Kiepściusio.
Pilnie muszę fajki nabyć (już na dworcu kupowałem je na sztuki) i przede wszystkim odwiedzić nieodległy (Bacolor), zatopiony do połowy w wulkanicznym popiole kościół. Tuż przed hotelem wsiadam do busika. Nie wierzę, że bilet kosztuje raptem 5 PHP! Trasa nie jest długa, ale te 30 groszy pozwala zaoszczędzić godzinnego spaceru.
Wysiadam i za chwilę jestem uzbrojony w nowiutką paczuszkę fajek. Cieszy mnie cena – 100 PHP. Taniej niż w Manili. Niestety niewiele sklepików ma pełną ofertę. Większość oferuje tylko droższe marki (ok. 200 PHP).
Ledwo kończę papierosa, a jestem już pod San Guillermo Parish Church. Rzeczywiście robi wrażenie. Sam kościół jest piękny, a jego zatopienie w ziemi tylko dodaje budowli uroku. Klimatyczne wnętrze - odświętnie ozdobione – stanowi tło dla ceremonii ślubnej, na którą akurat trafiłem. Piękna młoda para pozuje do zdjęć w przeróżnych konfiguracjach. Wszyscy ubrani są na błękitno. Bajka!
W prawym skrzydle kościoła mieści się ekspozycja związana z jego historią. Poza mną nikt się tym nie interesuje, wszak wszyscy pochłonięci są ceremonią obok.
Zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce!
A żeby za szybko, za sprawnie i za gładko nie było + skoro już tu jestem – postanawiam pieszo dotrzeć do centrum drugiego nieodległego miasteczka z kolejnym kościołem. 40 minutowa trasa wiedzie wśród lokalnej wiejsko-miejskiej zabudowy.
Tuż przed zachodem słońca docieram do celu. Trwa msza.
Santiago Apostol Parish Church imponuje przede wszystkim bogatą oprawą za ołtarzem. W ramach przekazywanego znaku pokoju wszyscy się czule obejmują. W podniosłej atmosferze ruszam dalej.
W przydrożnym sklepiku pytam o tanie fajki. Tak! Są nawet takie jakie kupiłem godzinę wcześniej, ale tutaj kosztują tylko 65 PHP! No w końcu odżyłem. Kupuję 5 szt. po 4 zł za paczkę! Będę jednak żył :)
W 7/11 kupuję jeszcze Colę i wodę, a kawałek dalej dwa kawałki smażonego kurczaka. Zaopatrzony w prowiant mogę ruszać do hotelu. Ściemnia się jednak, a trasa prowadzi przez pola poza miastem. Z daleka słyszę już szczekanie psów. Nie chcę chyba ryzykować takiego spaceru. Wracam w stronę centrum i w jednej z uliczek zagaduję trzech młodocianych driverów trójkołowców. Pierwsza oferta: 100 PHP za kurs. Przyjmuję ją bez mrugnięcia okiem, wszak i dwukrotność tej ceny bym w obliczu mego położenia zapłacił. Pakuję się do przyczepki/kufra przytwierdzonego do skuterka i po 15 min. wysiadam szczęśliwy przed Red Doorz.
Kombinuję z planami na kolejne dni i zapada decyzja o odwiedzeniu najpierw Alaminos City, a po dwóch dniach dotarcia do Baguio, gdzie ma być w końcu dostępny wybrany wstępnie hotel.