Dziś znów od 8.00 rano walczę z planem podróży na kolejne dni. Za cel obieram górskie miasteczko Baguio City. Wysyłam zapytanie do wybranego obiektu z prośbą o potwierdzenie rezerwacji + muszę niestety trochę poczekać na odpowiedź.
Znalazłem też połączenie autokarowe z dworca w mojej dzielnicy: Pasay Victory Liner. Najlepiej się tam Grabem dostać, który póki co mi nie działa. Sprawdzę jutro.
W samo południe opuszczam pokój ze zdecydowanym zamiarem dotarcia jednak do cmentarza północnego. To jedno z niewielu takich miejsc na ziemi; zamieszkane przez najbiedniejszą lokalną społeczność. Różne historie na jego temat słyszałem i nawet jadąc tamże 10 przystanków metrem wciąż jestem pełen wątpliwości. Bywało, iż zachodni turyści w ogóle nie byli wpuszczani na teren cmentarza - ja dostaję tylko pouczenie od strażnika przy głównej bramie: możesz bez skrupułów wszystko oglądać, ale surowo zabronione jest fotografowanie i nagrywanie video.
Zarzekam się solennie, iż równie niechlubnego faux pas nigdy bym nie popełnił! (… że niby ja?, najuczciwszy podróżnik na świecie…? - NIGDY W ŻYCIU!), … a że technikę zgrywania głupa mam już od dłuższego czasu opanowaną – wyciągam w zaułku między grobami kamerkę + bez gimbala trzymam ją niby od niechcenia w opuszczonej dłoni. Oczywiście od czasu do czasu używam „niechcący” przycisku szybkiego/spontanicznego uruchamiania funkcji nagrywania GoPro. Pojęcia nie mam co z tego wyjdzie – jeśli w ogóle jakiś materiał – to na pewno z perspektywy żabiej, heh.
Żadnych białych turystów wokół! Właściwie innych też tu nie ma. Trochę peniam wkraczając w mix żywego i martwego świata, ale dziarsko utrzymuję twarz luzaka/twardziela. Z każdym kolejnym krokiem nabieram jednak naturalnej śmiałości. Nieliczni, mijani mieszkańcy cmentarza, witają się wyjątkowo uprzejmie, serdecznie pozdrawiają, a tutejsza dziatwa to już prawie moje dozgonne ziomki! Jedynie z tutejszymi psami jakaś podejrzana, niewyjaśniona nieufność zaistniała ... :( Na szczęście żadnej poważniejszej krzywdy sobie wzajemnie nie wyrządziliśmy, heh.
Ze względu na sporą wielkość grobowców osiągających momentami wielkość budynków, cmentarz bardziej przypomina dzielnicę miasta. Oczywiście tą biedniejszą (czyt: slums). Po asfaltowych drogach przemykają od czasu do czasu skutery, riksze, a nawet markowe auta! Mijam liczne/uliczne stragany, a niektóre groby zaadaptowano też jako liche sklepiki.
Życie mieszkańców jest bezlitośnie wystawione na ciągły widok publiczny; przez kraty stanowiące drzwi do „mieszkań - cel” widać legowiska najemców … często bezpośrednio na betonowej posadzce. Zdarzają się też prowizorycznie urządzone kuchnie. Najbardziej zastanawia mnie jednak: jak rozwiązano kwestie sanitariatów i odprowadzenia ścieków …?
Mimo wielu zniszczonych + podupadłych, nadgryzionych zębem czasu nagrobków to miejsce (o dziwo) nie przybija, nie przeraża, nawet nie szokuje specjalnie i ogólnie nie wygląda jak slums, ... choć jednocześnie skłania do głębszych przemyśleń + przede wszystkim docenienia własnego losu/życia//karmy/jakzwałtakzwał. W trakcie prawie godzinnego spaceru spotkałem wiele bardzo życzliwych, pogodnych, radosnych wręcz osób. „Hi bro” nie słyszałem chyba tyle razy w żadnym innym miejscu! Nikt nie żebrał, nie prosił o jałmużnę, nie udawał biedniejszego, niż w rzeczywistości jest. Co najwyżej był zainteresowany skąd pochodzę, co tu robię, jak mam na imię. To wszystko czego ode mnie wymagano – niby banał, ale dla mnie wyjątkowo istotny i cenny: ktoś mijany po drodze nie potraktował mnie jako intruza, lecz jako kogoś zaciekawionego jego życiem. Nie byłem przygotowany na tak życzliwe przyjęcie …
Choćby z szacunku dla tutejszych mieszkańców cieszę się, iż nie zainstalowałem kamery na gimbalu i nie skierowałem jej brutalnie w ich twarze, domostwa, dobytek, codzienne życie. Przeszedłem to miejsce z szacunkiem dla nich i siebie …
P.S. ... na zawsze zapamiętam jednak (!): może raptem rocznego brzdąca, który siedząc prawie nago na gołej ziemi, obok zajętego swym telefonem ojca – niemiłosiernie zasmarkał się cały (kichając wielokrotnie). Nie licząc na specjalną atencję rodzica, na wykrochmalone zachodnie chusteczki, na słowa otuchy i pocieszenia, pogłaskanie po łysinie – wytarł jeno twarz przedramieniem i wrócił do grzebania w piachu – to zapewne jego jedyna atrakcja na dziś. Jaka czeka go przyszłość ..? + co w życiu osiągnie startując z poziomu cmentarnego bruku …? Szczerze się wzruszyłem … i jak znam życie będę się nad kwestią jego przyszłości zawsze zastanawiał wspominając to miejsce. Manilę. Filipiny.
Wracam do stacji metra. Teraz pokonuję 5 przystanków w stronę centrum i wysiadam na Carriedo LRT. 15 minutowym spacerem zmierzam w kierunku pistacjowej z zewnątrz, wielkiej bazyliki: Minor Basilica & National Shrine of Jesus Nazareno / Quiapo Church (Archdiocese of Manila). Jej wnętrza przybierają natomiast odcieni kawy i betonu. Pierwszy raz spotykam się z tak nieziemskim wnętrzem. Klimacik to tu na pewno jest!
Wracam na metro i jadę do Redemptorist-Aseana. Stąd szerokimi chodnikami, wzdłuż równie szerokich, pustawych arterii, docieram do City of Dreams Manila, tutejszego kultowego kasyna. Elewacja i hol wejściowy robią wrażenie (kocham wszak złoto jak smok z Władcy Pierścieni, heh). Przypominam se klimaty Macau – szczególnie te z Cotai.
Pustymi, 10-pasmowymi ulicami (teraz akurat stolica Birmy – Naypyidaw mi się przypomina) dochodzę do SM Mall of Asia Globe. Sąsiadują tu ze sobą gigantyczne dworce: oddzielne dla jeepney-ów i autobusów. Na tym drugim wsiadam do jadącego mniej więcej w kierunku mego hotelu busa, jednak przejechawszy kawał drogi (który w podobnym tempie pokonałbym pieszo!) zmuszony jestem do kolejnego półgodzinnego spaceru.
W znajomej okolicy robię jeszcze drobne zakupy i dopiero o 19.00 ląduję w hotelu.
Dopiero teraz zauważyłem, iż dokonałem błędnej rezerwacji w Baguio. Zamiast na jutro (14 lutego) czeskim błędem zarezerwowałem 14 marca :(. Zobaczymy jak właściciele obiektu zareagują na prośbę przebukowania.