Pojęcia nie mam dlaczego po przebudzeniu o 5.30 nie mogę ponownie zasnąć …
Nadprogramowy czas wykorzystuję na zmontowanie filmiku z wczorajszego nocnego spaceru i spisanie relacji + wrzucenie poprzednich na geoblog.
Dziś chyba ruszę na dalszą eksplorację Kowloon, a wieczorem może kolejny raz dotrę na wyspę.
Tak się w wyrku rozpisałem, że na eksplorację miasta wyruszam dopiero o 11.00. Pierwszy punkt to słynne instagramowe boisko na dachu parkingu Choi Hung Estate Rooftop Basketball Court. Poza jego sławą - nic szczególnego. Może z drona byłyby lepsze ujęcia.
Pieszo docieram do Nan Lian Garden. No tu to już pełen wypas. Urokliwy ogród z mnóstwem bonsai, wodospadami, stawami lotosowymi i dostojną świątynią robią wrażenie. Sprytnie maskuję nagrywanie kamerką niby od niechcenia ją trzymając i uwieczniam tutejsze wnętrza. Nagrywanie rzecz jasna zabronione …
O jedną stację metra oddalona jest Sik Sik Yuen Wong Tai Sin Temple – barwny kompleks świątynny - w przeciwieństwie do poprzedniego, spokojnego miejsca, bujnie tętniący życiem. Uwielbiam takowe. Są wyjątkowo naturalne.
Postanawiam dotrzeć też do Ten Thousand Buddhas Monastery. Przejeżdżam 4 kolejne stacje metra (z przesiadką) i jestem u stóp wzgórza. Trochę zakamuflowane tutejsze wejście jak na taką atrakcję. Za centrum handlowym przypadkiem zauważam ścieżkę wiodącą na szczyt. A wiedzie ona wśród setek złotych posążków Buddy. O dziwo każdy jest inny. Pokonawszy mnóstwo schodów, ledwo dysząc, osiągam główny plac świątynny. Sam budynek nie jest specjalnie imponujący, za to wnętrze z tysiącem figurek Buddy robi wrażenie. Szczególnie, że w okolicy jest raptem kilka osób. Po kolejnej - tym razem niewielkiej - wspinaczce dociera się do kilku mniejszych świątynnych pawilonów.
Wracam do stacji metra i rzucam wyzwanie Googlom. Chcę dojechać do Yuen Yuen Institute. Wokół dziesiątki busów na kilku przyległych dworcach, ale mapy kierują mnie kilkaset metrów dalej do tajemniczego przystanku przy Royal Park Hotel. Jakimiś opłotkami docieram w jego okolice, ale przybytku, ani przystanku nie widać. Pytam jarającego w zaułku kolesia o hotel, a przechodzący obok inny kolo z walizą wyznaje, iż też szuka tego hotelu. Teraz we dwójkę podejmujemy trud dotarcia do celu. Na niewiele się to zdaje, bo kiedy już w miarę opanowujemy lokalizację nie ma jak przejść na drugą stronę ulicy. Trza wejść do centrum handlowego, (w którym już byłem) i poszukać jakiegoś korytarza nad ulicą. Miotamy się niemiłosiernie wśród tutejszych tłumów, by po dłuższej chwili trafić jednak do celu. Kolo idzie do recepcji hotelu, ja na przystanek przed nim. Odświeżam nawigację i co widzę ..? Powinienem znaleźć jednak inny przystanek (!) ... odległy stąd o kilkaset kolejnych metrów.
Jest już po 16.00, a miejsce do którego zmierzam zamykają o 17.00. Raczej nie zdążę tam dotrzeć i poddając się bez rozpaczliwej walki decyduję się na kurs na wyspę Hong Kong. Chcę zobaczyć słynny Blue House (UNESCO), oraz Yellow i Orange, tuż obok niego. Muszę jednak wrócić na stację metra ponownie pokonując tą samą trasę, którą tu dotarłem. Całe zamieszanie z przystankami zajęło mi półtorej godziny intensywnego spaceru! Google ma u mnie przesrane, szczególnie, że po wyjściu z metra Admirality nie mogę znaleźć przystanku pożądanego busika. Ostatecznie chrzanię transport publiczny i docieram do celu pieszo. Lubię wyspę. Niby to potężna metropolia, a wydaje się bardzo spokojna i klimatyczna. Opieszali przechodnie przemierzają chodniki leniwym spacerkiem. Wszyscy wyglądają jakby byli turystami, nie mieszkańcami tego miasta.
Pod Sheng Kung Hui St. James Church zalegam na skromnej, skwerkowej ławeczce co by sprawy doczesne doprecyzować. Niestety nadal nie odnotowuję zadeklarowanego (diabli wiedzą jak dawno) przelewu wpłaty na konto osobiste w Millennium z popieprzonego konta Raisin. Leniwa, opieszała obsługa Raisin urąga wszelkim współczesnym standardom! Jutro banki zamknięte i jeśli dziś przelew nie dotrze będzie po balu. Tego co mam nie starczy mi jutro na drona! Rozpaczliwie szukam nawet jakiejś chwilówki online. Aż w końcu zadeklarowana kaska dociera na właściwe konto. Sukces! ... choć okupiony niepotrzebnymi nerwami i stresem.
W międzyczasie zapadł zmierzch i czas wracać do hotelu. Oczywiście promem! Mam jednak kłopot z zakupem biletu. Grupka małolatów usilnie próbuje mi pomóc, ale i im to nie wychodzi. Ostatecznie stawiają mi bilet płacąc własną kartą. No w końcu coś za darmola dostałem. Całe 2,30 zł!
Po drodze kręcę podobne ujęcia jak wczoraj. Tym razem nie telefonem, a kamerką. W pokoju melduję się o 22.00.