Ostatecznie przesypiam raptem ok. 3-ech godzin, kiedy telefon wyrywa mnie z letargu o 4.30. Na szczęście (!), ... wszak w pokoju nie ma telefonu i niedostępna jest usługa budzenia. Nie do uwierzenia!
Zbieram klamoty i ruszam na stację metra. Jest chłodno, ale intensywny spacer działa rozgrzewająco. Po 5 min na peron wjeżdżają jednocześnie dwa pociągi w przeciwnych kierunkach. Jestem prawie pewien, że wsiadam do właściwego. Jednak nie! Na kolejnej stacji (tym razem na zewnątrz) tracę kolejne 10 min cennego czasu.
Ostatecznie docieram po pustawego holu głównego lotniska. Nie mogę odnaleźć mego lotu ani dokonać self-checkin-u. Miotam się od jednego gigantycznego terminala do drugiego, a czas nieubłaganie płynie. Stojąc w kolejce do stanowiska Turkish Airlines nieroztropnie zasięgam info u panny z sąsiedniej linii. Czytając rezerwację w moim telefonie autorytatywnie kieruje mnie do Lufthansy – tam skąd właśnie przyszedłem. Zaczynam się leciutko pocić ze stresu i wysiłku. Lufthansa odsyła mnie jednak do Turkish! Mam ochotę zjebać pannę, która nie potrafiła właściwie odczytać info na rezerwacji (mimo, iż z tego żyje), ale nie ma na to teraz czasu.
Ostatecznie otrzymuję pożądaną kartę pokładową i ruszam na security check. W stresie zapomniałem jednak wylać wodę z butelki podróżnej i zaczynają się kolejne problemy. Mogę ją rzekomo wnieść przez inną bramkę, gdzie mają nowocześniejszy sprzęt. Tu nawet plecaka nie trzeba wypakowywać, a butelka wraz z zakupioną w strefie wolnocłowej jeszcze na warszawskim lotnisku wódką lądują w specjalnej maszynie. Wódkę rozpoznaje i nie ma problemu, z wodą jest. Trza podejść do kolejnego urządzenia. Udało się, choć nie bez wątpliwości. A wystarczyło tylko wylać tą wodę i nie byłoby ciągu dalszego bezsensownych perypetii.
Już na spokojnie docieram na gate’u. Niedługo odprawa, ale tuż obok jest palarnia. Powolutku stres ustępuje. Wsiadam do samolotu i mam trzy miejsca na wyłączność. Luzik! Szkoda, że to nie lot docelowy. Dobre śniadanie zmywa resztki stresu. W Istambule lądujemy po ok. 3-ech godzinach komfortowego lotu. Trzeba jednak przejść kolejny security check do strefy transferowej. Pojęcia nie mam po co (w Pekinie też tak było). Znów zapomniałem i wodę wylewam do porzuconej pustej butelki tuż przed taśmą. Udało się.
Lotnisko robi wielkie wrażenie. Jest przestrzennie, jasno, gwarnie, a palarnie to wielkie zewnętrzne balkony otoczone siatkami. Mimo sporego zainteresowania, nie jest tu tłoczno. Uczcie się "manago" z Wawki!
Nie ma jeszcze info o bramce mego odlotu - postanawiam zatem w okolicy palarni wykorzystać czas na spisanie relacji z poprzednich dni. Czasu mam sporo. Tak mi się przynajmniej wydaje. Niestety mój zegarek nie zaktualizował lokalnego czasu i tylko przypadkowo zerkając na telefon orientuję się, że lot mam za godzinę! Na szczęście jestem tuż przy wyjściu terminala D. Lecę do właściwej bramki. Za chwilę początek boardingu, ale naprzeciwko jest kolejny taras dla jaraczy – żal nie skorzystać. Zapokładowanie przebiega wyjątkowo sprawnie. Mam niestety kiepawe środkowe miejsce. I tu miła niespodzianka – po zakończeniu boardingu miejsce przy oknie pozostaje wolne. W to mi graj! Przesiadam się rzecz jasna. Taki uśmiech losu dla osłody niedoli.
Jest komfortowo, przyjemnie, prawie błogo. Po starcie pyszna kolacja, której spożycie utrudniają silne turbulencje. W TV oglądam filmiki-wizytówki azjatyckich miast, które odwiedziłem. Potem najnowszy Jurrasic Park.