Po obfitym śniadaniu w hotelowej restauracji wracam taxi na lotnisko. Otrzymuję SMS, iż lot jest jednak przełożony na 15.20 – pal go licho, choć ciśnienie rośnie. Kolejka do odprawy bagażu zwala z nóg. Ledwo w niej staję – dzwoni telefon. Mam się zgłosić do specjalnego stanowiska. Sympatyczna stewardesa proponuje mi kolejne opcje zamienne: Lot do Hong Kongu przez Amsterdam lub Frankfurt. Oba z krótszymi przesiadkami. Najkorzystniejszy wydaje się Frankfurt – tu jeszcze nie byłem – no i leciutko bliżej celu jest.
Lot Lot-em mam dopiero o 17.00 więc kolejny raz zabijam czas na lotnisku na snuciu się bez celu, posiłku i wizytach w palarni.
We Frankfurcie lądujemy planowo. Jest ok. 19.00, mam zatem sporo czasu do wylotu (ok. 22.00). Z wydrukowaną w automacie kartą pokładową docieram do gate’u na terminalu Z. Pustawo tu trochę, ale lot się wyświetla jako aktualny, uff … Po drodze wyczaiłem przyzwoitą palarnię – kolejny kamień z serca. Po kolejnej już inhalacji wracam na boarding i … słupieję z niedowierzania. Lot został odwołany!!! Wydaje się to niemożliwe! To już nie pech, to istne fatum! Oczywiście przychodzi seria SMS-ów (po niemiecku!) od Lufthansy z nowym lotem (jutro rano o 7.05) i to nie jednym, a dwoma samolotami – to już skandal! Mam kolejną, tym razem 5-godzinną przesiadkę w Istambule, a w Hong Kongu ląduję dopiero pojutrze rano. Farsa!
Oczywiście otrzymuję voucher na hotel i przejazd metrem tyle, że bagaż rejestrowany zostaje na lotnisku i będzie przebukowany na nowy lot. Przypomina mi się film z Tom’em Hanks’em „Terminal”. Ruszam do hotelu. Nie mam nawet kurtki! Temperatura na szczęście na plusie i w polarku docieram dzielnie do lotniskowej stacji metra. Trza przejechać raptem jeden przystanek i przejść jakieś 10 min do Park Inn Radisson. Nie mam rzecz jasna netu, ale jakimś cudem udaje mi się w siąpiącej mżawce odnaleźć noclegownię. Jest 22.30. W recepcji czeka koperta z moim nazwiskiem, karta do pokoju i reklamówka powitalna z kanapką, mini soczkiem i mini batonikiem na kolację. Szarpnęli się, heh. W pokoju kolejne przykre niespodzianki: brak balkonu, nieotwieralne okna, a czujniki dymu są nawet w łazience. Nie działa też TV! W hotelu tej klasy wydaje się to nie do pomyślenia. Na kilka sztachów muszę wychodzić na zewnątrz bo w lobby też nie ma żadnej palarni.
Początkowo nie zwracam uwagi na chłodną atmosferę w pokoju, ale próbując zasnąć choć na kilka godzin odczuwam zimno. Okazuje się, że należy samodzielnie włączyć klimę! Oszczędni ci Niemcy, heh.