Mimo totalnego zmęczenia + psychicznego wyczerpania stresem ostatnich dni z trudem udaje mi się kilka razy zdrzemnąć. W sumie to tylko kolejne 3 godziny snu. Że też jeszcze jakoś funkcjonuję … heh.
Po 8.00 rano lądujemy w Hong Kongu. Ludzi wokół dziki tłum. Zapowiada się długa (jak w Polsce) odprawa paszportowa, jednak po kilku minutach przybywają z odsieczą ukryte posiłki legionu graniczników i natychmiast, bezlitośnie uruchamiają kolejne okienka. Od teraz cały proces przebiega wyjątkowo zgrabnie + w prawie mgnieniu oka. Jednak się da (!), o ile zarządca odprawy choćby przez chwilę pomyśli. U nas – na zapyziałej wsi świata – zdecydowanie brak podobnych managerów … a już na pewno tych myślących strategicznie (o ile w ogóle wyposażonych w mózg). Chopin się w grobie przewraca ...
O dziwo mój plecak delektuje się właśnie przejażdżką/masażem na taśmie bagażowej – jednak dotarł tu wraz ze mną po długiej i krętej przeprawie. Jest zapewne równie zestresowany (tudzież zje..any) jak ja, heh.
Na szczęście strefę celną przechodzę bez kontroli przemycając tym samym zakazany tu gaz pieprzowy i 13 paczek fajek. Do Hong Kongu można wwieźć bez cła jedynie 19 szt. papierosów! Nawet nie całą paczkę. Zabawne. Do rozpuku!
Próbuję odpalić net od Airalo. Leciutko nie jest. Podobnie jak rok temu w Hanoi miotam się z konfiguracją ustawień i muszę skorzystać z pomocy firmowego bota. Po ponad pół godzinie osiągam jako taki postęp. Chyba działa - z naciskiem na "chyba" - bo co chwilę zasięg się zrywa.
Teraz przydałaby się jakaś kasa w kieszeni. Trudno tu jednak jakikolwiek ATM uświadczyć. Okazuje się, iż chyba wszystkie są zgrupowane w jednym miejscu. Z HSBC wypłacam Revolut’em (znakomity/póki co bezawaryjny towarzysz podróży!) 1000 HKD bez prowizji.
Trza pomyśleć o transporcie do Macau. Korzystając z podpowiedzi ochroniarki udaję się we wskazanym kierunku, gdzie uzyskuję info, że to jednak nie tu. Wracam do entrance'a lotniskowego, a tam ponownie jestem kierowany do miejsca skąd przyszedłem. Tu po kilku kolejnych wskazówkach lokalesów odnajduję zakamuflowany przystanek shuttle bus do HZMB Hong Kong Port, tyle, że za przejazd płaci się wyłącznie odliczoną gotówką, a mam raptem dwa banknoty po 500 HKD! Trza rozmienić kasę w jakimś sklepie. Miotam się po okolicy, ale wokół nic (a nic!) nie ma. Kolejny raz wracam na lotnisko. W miernym 7/11 kupuję pierwszą lepszą wodę mineralną + inkasuję rozmienioną resztę w drobniejszych nominałach. Nie ma tu niestety ani Macau Pass, ani Octopus Card. Dziwne, acz prawdziwe.
Z drobną kasą wracam na przystanek. 6 razy (słownie: sześć razy) pokonałem tą trasę! Z potem na czole wypalam fajkę w wyodrębnionej policyjnymi zaporami strefie palacza. Za kolejną chwilę podjeżdża bus. Koszt przejazdu wynosi 9,80 HKD. Niestety mam tylko 20-stki i jedną z nich kosztuje mnie króciutki, kilkuminutowy rejs do dworca autobusowego. Tu po pokonaniu monstrualnych schodów wspinam się do holu kasowego. Kartą debetową uiszczam 65 HKD opłaty za bilet przez Qingzhou Bridge, a chwilę później zajmuję miejsce przy przedniej szybie busa.
Fajne te widoki przez ok. pół godziny jazdy. Teraz trza jeszcze tylko pokonać odprawę paszportową w Macau. Kolejny raz trwa to wyjątkowo sprawnie i za chwilę melduję się na dworcu autobusów miejskich. Pożądany 101X odjeżdża w sumie co chwilę po zapełnieniu pasażerami. Nabyłem (za 130 HKD) kartę Macau Pass, więc za przejazd płacę raptem 3 HKD (ok. 1,50 zł).
Ostatnie kilkaset metrów pokonuję pieszo i docieram do zarezerwowanego jeszcze w Polsce Towns Well Hotel. Ze względu na perturbacje w podróży straciłem tu już dwa noclegi, ale kolejne 3 mi wciąż pozostały. Muszę jeszcze tylko uiścić zwrotną kaucję 300 HKD i otrzymuję kartę do mego pokoju. Jest na 7-mym piętrze, na końcu korytarza, ma dwa podwójne łóżka, łazienkę z otwieranym oknem (idealną jako palarnia!), przestrzenny widok na kawał miasta i w sumie fajny podstarzały klimacik. Jest tu też skomplikowany czajnik elektryczny (którego instrukcję używania musi mi wyjawić obsługa hotelu), a net śmiga bez zarzutu. Czego chcieć więcej, powiedz: czego chcieć więcej ...?
Za oknem fajna pogoda kusi do eksploracji okolic. Rozpakowuję się i po szybkim natrysku ruszam na miasto. Pierwszy cel to tutejszy fort. Docieram doń po krótkim spacerze stromymi uliczkami. Widoki wokół cool, ale warto polatać tu też dronem. Zanim go wypakowałem - przyjazny strażnik prosi, aby nie startować z terenu fortu. Daruję sobie tutejsze muzeum i znajduję w miarę zaciszne miejsce tuż za wejściem do twierdzy. Ledwo startuję, a na pustym dotąd niebie pojawia się nagle/znikąd stado gołębi lecących wprost na miniaka. Nie wierzę w to co widzę – dochodzi do dramatycznego zderzenia z ptakami i mój dron z impetem spada na betonowy chodnik. Jestem w szoku. Kolejne "niemożliwe" się wydarzyło. Fatum trwa? Co teraz? Trzęsienie ziemi …? Tsunami …? Uderzenie w ziemię komety ...? Inny kataklizm …? Masowa apokalipsa …?
Zawsze z niepokojem patrzyłem na przelatujące obok drona ptaki, ale nigdy żaden z nich nie był tymże zainteresowany. Raczej omijały go z daleka. Teraz wyglądało to na zorganizowany/przemyślany atak, szczególnie, iż żaden gołąb nie spadł ranny wraz z dronem. Może szkoli się je tu jako bojówki przeciw zachodnim imperialistom? Uśmiałbym się, ale trochę mi nie do śmiechu. Zbieram wrak z ułamanym gimbalem i uszkodzonymi śmigłami. O dziwo dron się nadal włącza. Jest nadzieja, że jednak odpali i jeszcze chwilę polata. Pomyślę jutro o jakimś serwisie.
Zniesmaczony akcją ruszam dalej w stronę ruin katedry św. Pawła. Jedyna ocalała po trzęsieniu ziemi elewacja frontowa jakoś nie wywiera na mnie spodziewanego wrażenia (w tyle głowy ciągle mam stratę drona). Natomiast prowadząca tu główna ulica to świetny pomysł na darmową wyżerkę. Wystarczy przejść się wzdłuż sklepików oferujących sprasowane mięso różnego pochodzenia, krojone nożycami i rozdawane jako przekąska degustacyjna. Można też spróbować różnego rodzaju wypieków i słodyczy. Darmowy lunch gwarantowany, a po przejściu w dwie strony nawet porządny obiad.
Ciasnawo tu trochę i płynie się w rytmie tłumu Chińczyków. O dziwo niewielu tu białych turystów.
Odwiedzam jeszcze kilka chińskich świątyń wokół i kościół Św. Antoniego. Z bólem pleców i drobnymi zakupami spożywczymi wracam do hotelu. Kolejny raz próbuję uporządkować relację z ostatnich dni i poskładać w całość pechowe wydarzenia. A ch…j przygodo!