Budzę się już o 7.30. Nie ma co marudzić – Singapur czeka! Podczas porannych ablucji otrzymuję od właściciela propozycję nie do odrzucenia: zamierza podwieźć mnie na dworzec. Przyspieszam pakowanie i golenie. Tuż przed 9.00 jestem gotów do drogi. Okazuje się, że nie jestem jedynym pasażerem, a wraz ze mną w to samo miejsce (+ z tym samym celem) zmierza chyba zaprzyjaźniona z rodziną Chinka Helen (z Szanghaju). Po drodze wychodzi, że nawet w zbliżone rejony miasta zamierzamy dotrzeć. No to mam przypadkową przewodniczkę w przeprawie. Po symbolicznych fotkach z właścicielami ruszamy w stronę JB Sentral. Ok. 15 min raptem trasa zajmuje. Żegnamy się wylewnie z właścicielami i żwawym marszem podążam za Helen w kierunku terminala autobusowego. Ma laska ikrę – ledwo za nią nadążam, jednak przewodniczka ciągle pilnuje, czy się aby nie zgubiłem. Zdając się na nią totalnie myślenie wyłączam. Sporo czasu zajmuje dotarcie na miejsce, ale jestem zachwycony – mi samotnie zajęłoby to dwukrotnie dłużej czasu. Odstawszy swoje w kolejkach do autobusów wsiadamy w końcu do CW2. Helen stawia mi nawet bilet za 4 MYR. Niby drobnostka, ale po dwóch miesiącach w Azji po raz pierwszy otrzymałem jakieś wymierne gratisy: podwózkę na dworzec i jeszcze bilet! Dotąd to ja byłem stratny na czyjąś korzyść.
Niestety, mimo krótkiego dystansu mnóstwo czasu tracimy na moście do SGP. Dlatego zamierzałem wczoraj dostać się tam pociągiem. Jedzie się nim raptem 5 min. Jednak przewagą CW2 jest bezpośredni kurs na Queens Street Causeway Link Bus Terminal, a stąd już niedaleko mego hotelu.
Helen rozkłada swój rower, którym zamierza zwiedzać miasto – ja udaję się w odludne miejsce wszak nie obyłoby by się bez obowiązkowej fajki na powitanie miasta. Jeszcze tylko toaletę w jakimś hotelu na wszelki wypadek odwiedzam i po kolejnym szlugu wsiadam do piętrowego autobusu. Za 0,10 SGD (płatne kartą zbliżeniową) po kilku przystankach wysiadam w okolicy mego hotelu. 5 min później melduję mój przyjazd via Messanger szefostwu przybytku. W odpowiedzi otrzymuję info, że pod niewłaściwym budynkiem jestem, a ten pożądany znajduje się dwie kamienice dalej. Kod wejściowy nie działa, ale ktoś akurat wychodzi i docieram na 1 piętro. Tam nawiązuję kontakt z nadpobudliwą Shannen obsługującą hotel. Zostawiam oba plecaki pod jej opieką i ruszam w stronę Chinatown.
Nie tak zapamiętałem tą dzielnicę 20 lat temu, ale jest wyjątkowo nastrojowo. Kilka świątyń i uliczek zaliczam w dwie godziny i wracam w stronę hotelu. Po drodze wstępuję na michę zupki Pho. Nie wiedzieć dlaczego płacę 20 % więcej niż jest podane w karcie. Trudno – smaczna była.
W okolicy hotelu czekam na zbawienną informację o dostępności pokoju. Przychodzi kilkanaście minut po 15.00, choć od punkt 15.00 powinna działać aplikacja do otwierania drzwi. Coraz mniej mi się ta obsługa podoba. Shannen udziela instruktażu wejścia do budynku i pokoju, choć w jej rękach mój tel też niespecjalnie działa. Udaje mi się w końcu dotrzeć do celu. Totalnie nie mój typ! Czysto jest, raczej rozsądnie powierzchniowo i funkcjonalnie, tylko chrzanione schodki wewnątrz pokoju mogą skutecznie pozbawić życia, okno wychodzi na wewnętrzną studnię budynku z widokiem na okna sąsiadów, a otworzenie którychkolwiek drzwi za pierwszym przyłożeniem telefonu udało mi się chyba tylko raz. To pojechane rozwiązanie. Nie dość, że debilki dopiero w 5-tej wiadomości wysłali poprawny link do poronionej aplikacji to jeszcze zamontowali trefne zamki cyfrowe w drzwiach, a trzeba pokonać aż troje, żeby się do pokoju dostać. Chore to wszystko. I jeszcze jedna ciekawostka: musiałem się logować ponad dwukrotnie do WI-FI! Cwaniaczki ustawili zapewne takową opcję. Nigdy życiu mi się to nie zdarzyło: wszędzie włączona jednorazowo opcja automatycznego logowania do WI-FI działała bez zarzutu. Tymczasem prawdopodobnie (nieświadomie) zużywałem zasoby kolejnego złodzieja Airalo. Jakoś nie mogę uwierzyć, że w ciągu jednego dnia zużyłem 75% wartości wykupionego pakietu. Pakiet 10 GB na 30 dni na Filipinach został w dużej mierze niewykorzystany mimo dokładnie takiego samego korzystania z netu jak tu. W Malezji też musiałem uzupełnić poprzedni pakiet. Coś tu nie gra. No cóż trza to jakoś znieść.
O 16.00 ruszam na podbój centrum. Przedzierając się przez nachalnych restauratorów wokół Marina Bay docieram do The Fullerton Hotel, a potem do ikonicznego symbolu miasta Merliona przedstawionego jako mityczne stworzenie z głową lwa i ciałem ryby. Stąd rozpościera się nieznany mi wcześniej widok na Bayfront Pavilion i ArtScience Museum. Tamże właśnie zmierzam przez The Helix Bridge. Marina Bay Sands Garden Park to przyjemne centrum handlowe z topowymi markami. Tuż za nim znajduje się spektakularny Bayfront Pavilion. Stąd kładka z windą prowadzi do Gardens by the Bay. Niby fajne, ale bez nocnego oświetlenia na kolana nie rzuca. Zaopatrzony we frytki z serem i wodę. Podziwiam koncert lokalnych gwiazd. Nie ma szans, żebym wytrzymał tu kolejne półtorej godziny do wieczornego pokazu o 19.45. Egzotycznym, zadbanym parkiem wracam w stronę hotelu.
Wśród opuszczonych biurowców i o dziwo prawie pustych ulic Google Maps głupieje, ale trochę intuicyjnie dochodzę do zatoki.
Zamierzam zrekompensować sobie pokaz iluminacji przechadzką po Chinatown. No pięknie jest, choć Klasztor buddyjski totalnie niepodświetlony. Tak czy inaczej wieczorny klimacik robi wrażenie. Turystów jest mniej, a na jednej z uliczek trwa lokalny koncert karaoke. Miodzio.
W nocy przychodzi mail od Emirates: twój lot został przełożony, na szczęście o 15 min. wcześniej, heh.