Pobudka o 8.30. Trza pomyśleć o jutrzejszym locie na Filipiny. Jest jednak problem. Nie otrzymuję weryfikacji w aplikacji wjazdowej, a bez tego nie ma ponoć szans nawet na pokład samolotu wsiąść. Trochę mnie to martwi. Piszę mail do filipińskiego rządu, ale na odpowiedź mają 24-36 godzin, a lecę (chyba, heh) jutro po południu.
O 11.30 wychodzę na miasto. Parę rozrzuconych przestrzennie punktów do odwiedzenia jeszcze mi zostało. Pieszo docieram do nieodległego Hong Kong Museum of History, ale nie mam fazy na jego zwiedzanie.
Dziś niedziela – do kościoła trza iść. Na szczęście nieopodal jest pudrowo-różowy Rosary Church. Właśnie skończyła się msza, a na następną czeka długa kolejka wiernych. Nie dane mi jest najwyraźniej dostąpić spotkania z tutejszym Jezusem. No to jadę mini busikiem za 7,50 HKD do bardziej przyziemnej atrakcji: Civic Square. Problem polega na tym, że wysiadając na podziemnym dworcu jakoś nie mogę tam dotrzeć. Nade mną wielkie centrum handlowe z wieloma poziomami, a Google takowych nie rozróżnia. Pojęcia nie mam jak stąd wyjść chociażby na zewnątrz budynku. Pytam o drogę tutejszych pracowników sklepów, tudzież ochronę; są sprzeczni w zeznaniach. Ostatecznie (jakimś cudem) wychodzę na patio pomiędzy wielkimi mrówkowcami. Nic specjalnego, a tyle zachodu z dotarciem.
Ale to nie koniec przygody! … wszak trzeba stąd jeszcze wyjść! Ponownie miotam się od punktu do punktu zaliczając nawet podziemne parkingi bez wyjścia (windy dostępne jeno na kartę). Po ok. półtorej godzinie spędzonej/zmarnowanej w kompleksie udaje mi się stąd wydostać. Mozolnie, ale jednak! Kieruję się w stronę M+ Cinema. Fajny budynek z brutalizującym, betonowym wnętrzem. Takie klimaty lubię. Stąd już o rzut beretem do Hong Kong Palace Museum, jednak i jego zasobów podziwiania jakoś mi nie brakuje …
Czas pożegnać się z wyspą Hong Kong. Dotarcie do stacji metra nie mogło się obyć bez pomyłek! Chyba przegapiłem najbliższe na trasie wyznaczonej przez Google wejście przez podziemny dworzec autobusowy i tracę kolejne pół godziny na dotarcie do pociągu. Standardowo wkurzyłbym się zapewne, ale dziś – ostatniego dnia pobytu w HK – się jakoś specjalnie nie spieszę.
Jedna stacja + krótki spacer dzieli mnie od Central Market i jednej z ważniejszych atrakcji miasta: najdłuższych ruchomych schodów/eskalatora/chodnika na świecie. O tej porze przewozi pasażerów do dzielnic na okolicznych wzgórzach. Rano (chyba do 10.00) „kursuje” w odwrotnym kierunku. „Przejeżdżam” raptem dwa poziomy, a stąd docieram do imprezowej części miasta Lan Kwai Fong i kultowego Fringe Club. Właściwie chyba wszystkie (a przynajmniej najbardziej pożądane miejsca w HK odwiedziłem). Jest dopiero 16.00, a trochę żal rozstawać się z tym miejscem. Zarządzam zatem jeszcze długi spacer do boiska koszykarskiego Hennessy Road Playground + chłonąc atmosferę miasta (popalając w międzyczasie) doczekuję zmierzchu.
Co prawda nie dotarłem do portu na mój ulubiony prom do Kowloon przed 20.00, ale jak znam życie pokaz świateł znów się nie odbył, chociaż … kto go tam wie, wszak niezbadane są wyroki tego miasta, heh.