… chyba trochę za wcześnie (wszak już o 8.30) się dziś budzę. Garmin jednak autorytatywnie potwierdza prawidłowość snu i niemal perfekcyjną gotowość do nowych fizycznych wyzwań. Warto z tej rekomendacji skorzystać, mimo iż za oknem (jak zwykle od kilku dni) niezbyt słonecznie. Jak zatem wykorzystać niesprzyjającą pogodę? Kolejny leniwy dzień …? Innej opcji póki co nie widzę ...
Ale chwila, chwila – w samo południe niebo się trochę rozjaśnia! Jest zatem szansa na kontynuację eksploracji miasta.
W harmidrze otoczenia nie usłyszałem pukania do drzwi mego pokoju. Te za chwilę się otwierają przy użyciu zewnętrznego/uniwersalnego klucza obsługi obiektu. Pech! Właśnie kipuję fajkę w plastikowej butelce-popielniczce wypełnionej wodą! No to przyłapano mnie w końcu! Pani z obsługi obiektu (a raczej mego piętra/tudzież korytarza) rzeczowym stwierdzeniem sugeruje, iż skoro już jaram to powinienem otworzyć przynajmniej na oścież wszystkie 4 okna w „pokoju” ... co by nie aktywować przypadkiem alarmu przeciwpożarowego. Zero opieprzu + pełne zrozumienie! Szacun!
Skrupulatnie + natychmiastowo + bezwarunkowo poddaję się sugestii. No to od teraz palę na legalu, heh.
Zjeżdżam na parter mej noclegowni i zamawiam w hinduskiej knajpie butter chicken na wynos. Koszt prawie 100 HKD. Sporawo, ale porcja wystarczy raczej na kilka posiłków.
Tuż po południu wypogadza się jeszcze bardziej. Posilony dobrym lunchem ruszam metrem w pierwszą podróż na wyspę Hong Kong. Pierwszy cel to słynny Monster Building – kultowe miejsce instagramowe. Mimo licznych banerów o zakazie fotografowania trwają tu liczne sesje fotograficzne, a nawet loty dronami. Mimo niewątpliwego klimatu - raczej nie chciałbym tu zamieszkać.
Stąd piętrowym autobusem docieram do kolejnego insta-spotu: budynku straży pożarnej przy nabrzeżu Portu Wiktorii. Tu zaczyna się długa, nabrzeżna ścieżka spacerowa w stronę centrum wyspy. Przyjemny spacer trwa ok. godziny. Po dotarciu do końca trasy czuję dziwne rewolucje w żołądku i nagle zbiera mnie na wymioty. Na szczęście jest w pobliżu publiczna toaleta, w której spędzam dłuższy czas dochodząc do siebie. Raczej zwiedzania dziś już nie będzie. Liczę, że bez kolejnych efektów uda mi się dotrzeć do hotelu.
Idąc w stronę stacji metra mijam przystanek linii H1. Akurat podjeżdża bus, a że jedzie prawie pod mój hotel wsiadam. Kątem oka dostrzegam kwotę uiszczoną kartą Octopus za przejazd – 42 HKD! Okazało się, że to Hop On Hop Off Bus – stąd jego wysoka cena. Dojeżdżam jednak na miejsce szybciej i przyjemniej niż metrem. W pokoju dochodzę do siebie i postanawiam przespacerować się na pokaz świateł o 20.00 podziwiany zwykle z Alei Gwiazd. Podobnie jak wczoraj wszystkie barierki są już obstawione żądnymi atrakcji turystami. Podobnie też jak wczoraj, pokaz - mimo uruchomienia kilku laserów - nie osiąga jakiegoś spektakularnego efektu. Znowu HK dał ciała. Wracam do pokoju, a Pani opiekunka utwierdza mnie w przekonaniu, iż ma dla mnie nowy pokój, ale nie zna jeszcze jego ceny. Tą mam poznać rano.
Wieczorem ucinam sobie dłuższą pogawędkę via Whatsapp ze znajomymi z Polski. Ponoć mróz sięgał tam ostatnio –29 stopni!