O 9.00 rano nie zauważam zmian w pogodzie, choć na stronie interii wyświetla się właśnie bezchmurne niebo. Pakuję dobytek, zostawiam plecak w recepcji, odbieram 300 HKD kaucji za kartę i o 11.00 ruszam na miasto.
Zaczynam od odwiedzonego wczorajszej nocy Largo do Senado. W dzień wygląda zupełnie inaczej choć wcale nie mniej atrakcyjnie.
Stąd ruszam w stronę zachodniej części miasta, a potem w kierunku południa. Zaliczam kilka mniej lub bardziej wartych odwiedzenia atrakcji, kościołów, chińskich świątyń, budynków postkolonialnych, nawet teatr z klimatycznym wnętrzem, by dotrzeć czaderskiego domu mandaryna (wstęp free). Trudno zliczyć ilość pomieszczeń zlokalizowanych w podłużnym budynku. Wyjątkowo polecam tą miejscówkę!
W ostrej zadyszce wspinam się na najwyższe wzgórze okolicy z Chapel of Our Lady of Penha na szczycie. Kaplica taka sobie, za to widoki z jej tarasów nieziemskie … szczególnie jak nie da się ich dronem nagrać, heh. Niedaleko stąd do osławionej świątyni A-Ma. Wrażenie robi szczególnie jej lokalizacja rozciągnięta na skalistym wzgórzu z wieloma krętymi ścieżkami i schodkami. Mimo sporej ilości wiernych i turystów nastrojowo tu, barwnie i egzotycznie.
Czas na pierwszą dziś przejażdżkę busem, którym docieram do Macau Tower. Stąd kolejnym, dłuższym rejsem jadę do północnej części miasta. Tu Google Maps trochę miesza się w zeznaniach i kilka razy pokazują nielogiczne trasy. Największą atrakcją wydaje się trochę surrealistyczny skalny park-ogród z dziwacznymi konstrukcjami z posklejanych nieregularnie kamieni. Są też stawiki zarybione karpiami koi i kilka różowych mostków. Wśród krzewów podświetlane ledowe motyle. Wieczorem musi to wyglądać nieziemsko. Jeszcze tylko kilka muzealnych budynków wokół Tap Seac Square, Cmentarz z miętowo malowano kaplicą, St. Lazarus' Church i wracam do hotelu.
Jest raptem 16.30, a udało mi się zrealizować właściwie wszystkie punkty zwiedzania. Mimo utraty dwóch dni w podróży udało się dopiąć cały założony wstępnie program. Jestem z siebie dumny.
Dopiero w hotelowym lobby przypomniało mi się, że trza odzyskać kasę z Macau Pass. Odnajduję na mapie centrum obsługi klienta i docieram tam kolejnym busem. Niestety karta nie jest objęta depozytem (jak Octopus) i otrzymuję jeno zwrot środków płatniczych (42 HKD). Dobre i to. Tak czy inaczej koszt karty (30 HKD) zwróci się już po 10-ciu przejazdach. Standardowo kosztuje to 6 HKD, z kartą połowę tego + wygoda płatności zbliżeniowej jest nieoceniona.
Po drodze do hotelu trafiam na mini knajpkę, gdzie jadają tylko miejscowi. Nawet nie ma menu w języku angielskim. Pani przynosi z zaplecza anglojęzyczny spis przetłumaczonych dań. Wybieram chicken curry rice (45 HKD). Po 10 min danie jest na stole. REWELKA! Dołączy do kilku zapamiętanych smaków z innych podróży: krewetek przy stacji metra w Bangkoku, czy zielonego curry w Chiang Mai. Pamiętam je do dziś.
W hotelu odbieram bagaż i zmierzam w kierunku Macau Outer Ferry Terminal. Jest po 19.00 Niestety TurboJet Ferry nie obsługuje rejsów wprost do Kowloon, gdzie mam zarezerwowany nocleg i jestem skazany na prom o 20.00 do Sheung Wan na wyspie Hong Kong. Koszt 220 HKD. Sporawo jak za godzinną przejażdżkę, ale plan zakładał rejs promem, więc trza go zrealizować. Po dwóch papierosach w zewnętrznej strefie palacza wracam na boarding. Ponownie wszystko działa sprawnie jak w zegarku. Całość przypomina odprawę lotniczą. Nawet w lotniczych fotelach z pasami bezpieczeństwa zasiadamy. Rejs przeprzyjemny, zdecydowanie relaksujący i jednak wart swojej ceny.
Na miejscu błyskawiczna odprawa paszportowa i tranzyt do stacji metra. Niestety znów nie mam netu Airalo. Tracę kolejną godzinę na wszelakie próby odblokowania e-sim – na nic. Nawet nie wiem gdzie się dalej udać. Z pomocą przychodzi krótki, czasowy dostęp do netu dworcowego. Muszę przejechać jedną stację linią niebieską i przesiąść się na czerwoną. Składy kursują co 4-5 min. Ostatecznie wysiadam na pożądanej stacji, ale brak netu skazuje mnie na wskazówki miejscowych. Docieram do kultowej miejscówki Chunking Mansion. Niestety na spisach przy 4-ech różnych windach nie mogę odnaleźć nazwy W’s Lounge. Kolejny raz proszę o pomoc w znalezieniu lokalizacji i w końcu trafiam do właściwej kolejki windowej. Windy do każdej części kompleksu zawsze są zdublowane: jedna zatrzymuje się na piętrach parzystych, druga nieparzystych. Ostatecznie w gąszczu wąskich korytarzyków odnajduję recepcję mego przybytku. Hindus w turbanie informuje, że da mi pokój dwuosobowy, nawet z prywatną łazienką … tyle, że na korytarzu, heh. Nie za taki pokój zapłaciłem. Daję wyraz dezaprobaty na co koleś proponuje mi klitkę dwuosobową z łazienką, za to bez okna! Do tego tuż przy jego ladzie recepcyjnej. No to mam dylemat. Decyduję się na opcję nr. 1. i wracam z majdanem do mego legowiska (2 x 2 m) piętro niżej.
W pokoju jest czujnik p/poż, ale jedna ściana ma wielkie okno z zasłonami. Otwieram je na oścież, i jaram osłonięty zasłoną, która zapobiega dymowi z fajek w „pokoju”. Jeden problem rozwiązany. Walczę z TV. Brak sygnału – szlag by … Klima też nie reaguje na pilota, a gniazdka elektryczne są typu angielskiego. O dziwo nie mogę w nie wpiąć mojej uniwersalnej przejściówki ☹ Jest problem. Nad półką wisi suszarka do włosów. Dostrzegam, że jest podłączona przez jeszcze inną przejściówkę, a do tej mogę podpiąć moją. Pełen sukces! Uruchamiam ładowanie wszystkich sprzętów, wszak telefon już ledwo dyszy.
Co by jakoś poruszać się na wolnej przestrzeni (ok. 1,50 m2) muszę oba plecaki wsunąć pod łóżko.
Chyba się tu ostatecznie zgrabnie umościłem. Czas zapalić sycąc przy tym wzrok spektakularnym widokiem na miasto. Na szczęście na wprost okna jest prostopadła do hotelu ulica, dzięki czemu widok jest bardziej przestrzenny i nikt mi bezpośrednio do pokoju nie zagląda.
Ok. północy zjeżdżam na parter i robię drobne zakupy przy samej windzie! Jakbym w sklepie mieszkał, heh. Cały monstrualny moloch wydaje się opanowany przez Hindusów. Trudno przejść nienagabywanym na posiłek, zakupy, nocleg. Trza jakoś do tego przywyknąć.
Smaruję jeszcze niewybredne pismo reklamacyjne do Airalo i mykam spać. Chyba podaruję sobie jutro luźniejszy dzień, wszak mam w Hong Kongu aż 7 pełnych dni do dyspozycji.