Rano - w towarzystwie wiernego aparatu fotograficznego - odwiedzam zbadane wczoraj wstępnie (skryte zasłoną nocy) urokliwe miejsca: tutejszy 28-metrowy lingamiczny Puputan Monument i Kerta Gosa – iście królewsko pałacowy pawilon "sądu na wodzie". Do tego drugiego przypadkowo wstępuję nieoficjalnie głównym wejściem ... za darmola. Dopiero opuszczając zabytek zauważam budkę z kasą, ale już nie interesuje mnie cena wstępu. Niezależnie od stawki byłaby godna uiszczenia :)
Miejsce okazuje się bardzo wdzięczne ... szczególnie dzięki oryginalnemu "wodnemu" posadowieniu budowli, choć prawdziwie emocjonującą atrakcją jawią się freski pod dachem głównego pawilonu. Wrażenie raczej nie do opisania ...
Wracając do hotelu natykam się na główny postój bemo w kierunku Besakih Temple. Informuję znudzonych driverów, iż fajnie się złożyło i zaraz wrócę tu z ciężkim plecakiem, a od 9.00 "ponadcierpliwie" wyglądam wraz z nimi innych-potencjalnie-chętnych-podróżnych. Niespecjalnie lokalesi kwapią się dziś do odwiedzenia najświętszego przybytku na wyspie. Po ponad godzinie oczekiwania decyduję się na kurs tylko do miejscowości Menanga. Kierowca (o imieniu Samba) - wraz z wtórującą mu jedyną podstarzałą (do tego wyjątkowo upierdliwą) pasażerką - z wiarygodnym zaangażowaniem przekonuje, iż wywołane 40.000 IDR to właściwa stawka za kurs.
Na moje wyraźne życzenie zatrzymujemy się po drodze - na krótką chwilę jeno - w obłędnym viewpoint-cie Bukit Jambul. Super widok na rozległą dolinę pokrytą tarasami ryżowymi, spadającą w oddali w stronę morza. Jakieś pół godziny później wyjątkowo sprawnie przesiadam się (na rozwidleniu dróg w Menanga) na moto-taxi w kierunku Besakih (25.000).