Budzik o 7.30 na szczęście zadziałał. Migiem pakuję majdan i opuszczam moje legowisko. W recepcji jeszcze nikogo nie ma.
Dziś Google nie uwzględnia trasy na lotnisko busem. Idę na metro. Dwa przystanki do Centrum, a potem długi spacer podziemnymi korytarzami do stacji Airport Express. O dziwo Octopus nie działa. Za chwilę okazuje się dlaczego. Bilet na 3 przystanki tą linią kosztuje aż 130 HKD! Nie mam tyle na koncie i wyskakuję z gotówki. Szczęście, że wczoraj dokonałem profilaktycznej wypłaty z bankomatu HSBC. W luksusowych warunkach pokonuję trasę w jakieś 40 min. Na lotnisku trza się pozbyć karty Octopus, odzyskać kasę z konta i depozyt. Muszę zjechać do hali przylotów i dokonuję rzeczonej transakcji. W sumie mam w kieszeni 140 HKD.
Zostały niecałe dwie godziny do wylotu. Czas na odprawę bagażu. Pierwszy raz ważą mój plecak podręczny i sugerują przepakowanie czegoś do plecaka nadawanego. Mam tu tylko sprzęt elektroniczny, więc nie bardzo są na to szanse. Wyjmuję torbę z nowym dronem i traktuję ją jako przedmiot osobisty, do którego mam rzecz jasna prawo. Otrzymuję kartę pokładową (twierdząc, że brak deklaracji wjazdowej QR to nie problem), ale warto by jeszcze zapalić. Przed wejściem jest profesjonalna palarnia. Nie tak źle z tym miastem dla nałogowców jednak.
Mam bramkę nr. 211. Kilka poziomów zjeżdżam do podziemi, a tam pociągiem po dwóch stacjach docieram do właściwego sektora. Na lotnisku jest 530 bramek! Nie jestem w stanie ogarnąć potęgi gmachu.
Trip.com co chwilę wysyła mi powiadomienia: za dwie godziny wylot, wylot o czasie, dotrzyj do bramki 211, za chwilę boarding, itp., itd. No jestem pod wrażeniem portalu!
Airbus A320-300 Air Asia nie jest pierwszej nowości. Nawet niespecjalnie sprzątnięto go po poprzednich podróżnych. Dokonując rezerwacji wykupiłem miejsce przy oknie, a dwójka zasiadających obok mnie pasażerów przesiada się do przodu. Znów mam 3 miejsca dla siebie.
Lot mimo, że krótki (ok. 1,45 h) jakoś mi do gustu nie przypadł. Co chwilę trzęsie w turbulencjach, a i samo lądowanie wyjątkowo kiepskie.
Na lotnisku mam problem z darmowym netem. Dopiero po dłuższej chwili odpala, za to znów są kłopoty z uruchomieniem Airalo, choć konto zostało wykorzystane raptem do połowy. 10 GB z nowej karty na Filipiny zostawię na później.
Przed odprawą imigracyjną zasiadam na krzesełku co by powalczyć z kodem wjazdowym QR dla turystów. Zasiadam tak szczęśliwie, że obok siedzi pani z obsługi lotniska, która jest gotowa do pomocy. Mimo oblatania z aplikacją wypełnienie formularza zajmuje jej dobre 20 min. Dokonuje tego na własnym telefonie, a na koniec robi moim sprzętem zdjęcie wygenerowanego kodu QR. Teraz - totalnie bez - kolejki mogę przejść odprawę paszportową. Siódme niebo! Nie mogę odnaleźć taśmy bagażowej z moim lotem, a w tym momencie podchodzą dwaj małolaci pytając czy to nie moja walizka. Walizka nie, ale drugi małolat taszczy mój plecak! No to jesteśmy w komplecie, choć plecak jest upieprzony jakimś czarnym proszkiem. Za chwilę wyglądam podobnie jak on. Chrzanić to! Jestem wszak Manili!
Najważniejsze teraz to zajarać i ochłonąć. Odrzucam propozycje taksiarzy i odnajduję zewnętrzną palarnię. Tu już na spokojnie uruchamiam jakoś własny, mobilny net Airalo. Co dalej? Kasa jakaś się przyda. W banku wymieniam 140 HKD i po długiej papierkowej procedurze otrzymuję 1036 filipińskich peso (ok. 60 zł).
Uruchamiam apkę Grab-a, ale nie najlepiej jeszcze mój net się rozkręcił. Jest tu jednak rozbudowany system stacjonarny firmy. W stanowisku obsługi zamawiają mi taxi i wręczają bilecik z numerem rejestracyjnym auta, trasą i kwotą do zapłacenia kierowcy (215 PHP = 13,00 ZŁ). Muszę czekać na stanowisku A9. To prawie dworzec autobusowy! Co chwilę podjeżdżają nowe auta zabierając turystów. Trochę sporo czekam, ale i mój driver w końcu się zjawia. Wyjazd z terminala 3 zajmuje sporo czasu w korku, ale potem jedzie się raczej gładko.
Na miejscu mam problem z lokalizacją mego Budget Studio Unit in Makati. Trochę miotam się po ulicy i dopiero po fotce elewacji trafiam do właściwego budynku. Jest totalnie zakamuflowany: zero nazwy, napisu, niczego! Poza tym wygląda jak zamknięty na stałe opuszczony obiekt. Dzwonię do metalowych drzwi równie ukrytym dzwonkiem – eureka! Lobby wygląda jak garaż/rupieciarnia/skład złomu z betonową podłogą. Obsługuje mnie małolat z biegłym angielskim. Prosi, abym po wpisaniu się na listę gości spoczął, zanim przygotują pokój. Właściwie jest gotowy, i za chwilę drugi uprzejmy małolat prowadzi mnie na 3-cią kondygnację.
Oczom swoim nie wierzę: jest tu pięknie/idealnie/klimatycznie/tak jak lubię! Pokój jest wielkości trzech jak te z Hong Kongu, ma skromny aneks kuchenny, sporą łazienkę, klimę, wentylator i okna wychodzące na korytarz i ulicę. Widok REWELKA! Net śmiga. Ochoczo rozpakowuję klamoty, instaluję sprzęty, urządzam się po swojemu. Przypominam sobie, że przecież od rana nic nie jadłem. Ruszam na mały rekonesans po okolicy. W końcu prawdziwie azjatyckie, egzotyczne klimaty. Małe, prywatne sklepiki, knajpki, stoiska z przekąskami na ulicy. Taką Azję kocham!
Trzeba uczcić pomyślny ostatecznie dzień. W pierwszym sklepie kupuję Gin 0,7 (192 PHP) i Colę 2l (99 PHP). W sumie 17,63 zł! Wierzyć się nie chce, szczególnie po cenach w HK i Macau.
Zapachy ulicznego żarcia kuszą, ale odnajduję najbliższą słynną filipińską sieciówkę Joliebee (w stylu Mc Donald) i zamawiam kurczaka z ryżem i colą (115 PHP = 6,97 ZŁ!) … w cenowym raju jestem …?
Wracając do hotelu kupuję jeszcze słodycze: czekoladę, batonik, ciastka oreo i jakąś bułkę (ze zniżkami 112 PHP = 6,78 ZŁ!). Wykosztowawszy się (heh) spisuję przy drinku relację dzisiejszego dnia.
Zarządzam jeszcze małą przepierkę, a wewnętrzne okratowanie okien świetnie spisuje się jako suszarka.
Zapowiadało się tak sobie – wyszło jak zwykle inaczej … czyli COOL!